wtorek, grudnia 12

Pachnący pomysł na prezent świąteczny

Pachnący pomysł na prezent świąteczny
Dzień dobry, kochani!
Święta już za pasem, więc czas pomyśleć o prezentach, prawda? W końcu zawsze chcemy, żeby Mikołaj dotarł do naszych bliskich na czas i przede wszystkim, żeby był trafiony- chyba nikt nie lubi zrobić komuś "nietrafionego prezentu" :) Ilość zapytań Google "Co kupić mamie, tacie, dziewczynie, babci..." rośnie w roku na rok. Dlatego dobrze jest trafić na coś, co będzie trafione na 100%. Osobiście od jakiegoś czasu stawiam na prezenty, które są jednocześnie eleganckie, praktycznie i oryginalne. Dziś pokażę Wam coś, co absolutnie skradło moje serce i spodoba się zarówno młodej, jak i starszej kobiecie.



Messh Jewelry to polska marka produkująca pachnącą biżuterię. Brzmi ciekawie, prawda? Na zdjęciach wyżej możecie zobaczyć jedną z rzeczy, która urzekła mnie jako pierwsza- opakowanie. Biżuteria pakowana jest w ozdobną drewnianą szkatułkę, z dodatkiem uroczego futerka i malutkich, błyszczących gwiazdek- krótko mówiąc- otrzymujemy gotowy prezent :) Wygląda to tysiąc razy lepiej, niż zwykła torebka prezentowa.

Na czym polega fenomen pachnącej biżuterii?
Wisiorek jest otwierany i zamykany na magnes. Oprócz biżuterii możemy kupić kuleczki zapachowe odpowiadające kultowym zapachom- ja wybrałam YSL "Black Opium" oraz Armani "Si". Cała zabawa polega na tym, że zapachowe kulki umieszczamy w środku wisiorka- co sprawia, że unosi się z niego nasz ulubiony zapach. Pomysł, jak dla mnie- coś niesamowitego. Oczywiście, jeśli nie mamy ochoty, możemy nosić wisiorek bez kuleczek w środku- wybór w pełni należy do nas.



Zanim wróciłam do Was z wpisem na bloga, nosiłam wisiorek jakiś czas, żeby sprawdzić, czy zapach rzeczywiście jest trwały i wyczuwalny, kiedy mamy biżuterię na sobie. I o dziwo- działa! Zapach przenika w ubranie, które aktualnie mamy na sobie i szczerze przyznaję, że jest "na nas" dość intensywnie wyczuwalny. Jest to dla mnie bardzo oryginalne rozwiązanie- z wisiorkiem na pewno długo się nie rozstanę. Najbardziej polubiłam zapach YSL. Do środka wisiorka wkładam około 5/6 kuleczek- taka ilość w zupełności wystarcza, żeby pięknie pachnieć :) Sam łańcuszek, na którym zawieszony jest wisiorek jest bardzo długi- nie jest to typowy łańcuszek "pod szyję". Wygląda pięknie, zwłaszcza do jednolitych, ciemnych ubrań.



Listek, który wybrałam prezentuje się naprawdę bardzo elegancko i kobieco. Uważam, że będzie dobrze wyglądał u kobiet w różnej kategorii wiekowej.

Podsumowując?
Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona, zarówno pomysłem, wykonaniem, jak i trwałością biżuterii oraz kuleczek. W wisiorku jestem absolutnie zakochana- jak wspominałam, na pewno długo się z nim nie rozstanę. Sposób pakowania Messh również zachęca do świątecznych zakupów- w końcu kto nie ucieszyłby się z tak pięknie zapakowanego i pachnącego prezentu?

Kochani! Jako, że Święta tuż tuż i wiele z Was buszuje już w internecie, w poszukiwaniu podarków, mam dla Was kod rabatowy na zakupy w Messh! Na hasło "KITTYXMESSH" otrzymacie 10% rabatu na pachnącą biżuterię :) Kod ważny jest do 24. grudnia.

I jak, co myślicie o tego typu rozwiązaniach? A może znacie już markę Messh? Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach!
Buziaki!

wtorek, listopada 28

Pielęgnacja cery w trzech krokach | Hello Body

Pielęgnacja cery w trzech krokach | Hello Body
Dzień dobry, kochani! Jak tam Wasze samopoczucie? U mnie dzisiaj naprawdę dobrze, pomimo okropnej pogody za oknem. Nie wiem, jak u Was, ale u mnie jesienią pielęgnacja staje się bardzo, ale to bardzo ważna. Moja cera zaczyna lekko się przesuszać, traci blask i często mam uczucie, że nie jest do końca oczyszczona- nawet, jeśli jest. Od kilku tygodni sprawdzam działanie produktów Hello Body, czyli stosunkowo nowej na polskim rynku marki, która oferuje produkty naturalne, wegańskie i nietestowane na zwierzętach. W składach kosmetyków możemy znaleźć dobroci takie jak kokos, kawa, masło Shea i Cupuacu. 



A! Jeszcze jedna sprawa, zanim przejdziemy do działania- jestem absolutnie zakochana w opakowaniach! Biel z domieszką pastelowych odcieni to taka "ja w tubce", coś pięknego! W moje łapki wpadły trzy produkty- maseczka Coco Clear Mud Detox, peeling Coco Pure Face Scrub oraz oczyszczająca pianka Coco Fresh Detox Face Foam. Z maseczką miałam do czynienia już wcześniej, a pozostałe dwa kosmetyki były dla mnie nowością. Nie ukrywam jednak, że mam lekkiego bzika na punkcie pielęgnacji cery, więc z przyjemnością zaczęłam testowanie już tego samego dnia, kiedy rozpakowałam przesyłkę. Opowiem Wam po kolei o właściwościach, działaniu i efektach, jakie zobaczyłam u siebie. Na pierwszy ogień pójdzie maseczka, czyli mój totalny ulubieniec!



Jak widzicie na zdjęciach- maseczka znajduje się w małym, uroczym opakowaniu, a jej kolor jest praktycznie czarny. Pojemność maski to 50ml, co według mnie starczy na około 10-15 użyć- w zależności od tego, jak grubą warstwę mamy ochotę nałożyć. Maseczka oczyszcza naszą skórę i usuwa toksyny. Jednym z jej głównych składników jest glinka Heilmoor- wydobywana w austriackim regionie Heilmoor Reichenau. Ma również za zadanie zapobiegać powstawaniu wyprysków i utrzymać naszą skórę miękką i nawilżoną. Co do zapachu- niestety nie jestem w stanie Wam go opisać, ale jest to zdecydowanie jeden z najprzyjemniejszych zapachów kosmetyku, z jakim kiedykolwiek miałam do czynienia. Przyznaję się bez bicia, że zdarzyło mi się wziąć do ręki maseczkę tylko po to, żeby ją powąchać ;) Jest to moje drugie opakowanie tego produktu, więc mogę się o nim wypowiedzieć ze sporym doświadczeniem. Testowałam w życiu naprawdę dziesiątki maseczek- uwielbiam nakładać je na twarz i od około dwóch lat robię to regularnie. Miałam styczność z różnymi markami, różnym działaniem i różnymi półkami cenowymi. Podczas oceny, zawsze staram się połączyć wszystkie te podpunkty tak, żeby znaleźć kosmetyk idealny.



Jakie efekty maseczka wyczarowała u mnie? Maskę stosuję regularnie dwa razy w tygodniu. Nakładam na twarz grubą warstwą, w szczególności skupiając się na strefie T- tam, gdzie moja cera się przetłuszcza. Trzymam około 20 minut, po czym zmywam ręcznikiem nasączonym ciepłą wodą. Efekty, jakie zauważyłam po około pierwszych dwóch użyciach, to uczucie "czystej" skóry, które jest przeze mnie niesamowicie pożądane. Skóra jest miękka, nawilżona i świetnie przyjmuje dalsze kroki pielęgnacji. Po dłuższym stosowaniu zauważyłam efekt antytrądzikowy- mam na twarzy kilka miejsc, w których regularnie pojawiają się wypryski- na chwilę obecną mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jest ich o wiele mniej. Maska Hello Body aktualnie znajduje się w czołówce moich ulubionych masek. Pokochałam ją za zapach, konsystencję- bo przecież w pielęgnacji istotna jest również przyjemność z używania-, działanie i widoczne efekty przy regularnym stosowaniu. 
Koszt maseczki to 119,90zł, co może wydawać się sporym wydatkiem, jednak kiedy przeliczymy cenę na ilość użyć- moim zdaniem wychodzi bardzo korzystnie.



Drugi produkt, który Wam dzisiaj przedstawię to kawowy peeling do twarzy. Kawa w kosmetykach to miłość, dlatego ten produkt padł ofiarą testowania równie szybko, co maseczka. Peeling ma za zadanie oczyszczać naszą skórę i pozostawiać ją pełną blasku. Usuwa resztki makijażu i odblokowuje pory. Nadaje się do każdego typu skóry. Jego pojemność to 100ml, co według mnie jest pojemnością idealną, jeśli chodzi o produkty do twarzy- ani za dużo, ani za mało :)


Jak się u mnie sprawdził? Peeling twarzy wykonuję raz, czasami dwa razy w tygodniu. Nakładam go na zwilżoną skórę, po czym przez około 2-3 minuty wmasowuję go w skórę okrężnymi ruchami. Następnie zmywam ciepłą wodą i zajmuję się dalszą pielęgnacją. Nie należę do osób, które "trą" buzię z całej siły, żeby uzyskać efekt odpowiedniego oczyszczenia i złuszczenia martwego naskórka. Robię to na tyle mocno, żeby nie odczuwać dyskomfortu. W peelingu znajdują się moim zdaniem średniej wielkości ziarenka. Dla mnie są w zupełności wystarczające. I tak samo, jak w przypadku maseczki- nie mogę powiedzieć "nie". Peeling działa, robi dokładnie to, co powinien robić dobry peeling. Skóra jest gładka, oczyszczona, pięknie pachnie i nie ma na niej śladu po jakichkolwiek zanieczyszczeniach. Mamy już dwa "tak", na trzy produkty? Dobry wynik, co? Do peelingu wrócę na pewno. Nie dosyć, że wspaniale działa, to w tym opakowaniu wygląda pięknie na mojej półce z pielęgnacją, co dla takiej sroki, jak ja, jest zdecydowanie dużym plusem ;) Cena peelingu jest taka sama, jak maseczki, czyli 119,90zł. Tak, jak u poprzednika- moim zdaniem cena jest adekwatna do pojemności oraz działania.



Ostatni produkt, z którym miałam do czynienia to oczyszczająca pianka do twarzy. Osobiście uwielbiam mycie mojej buzi piankami- są o wiele delikatniejsze, niż żele myjące, a uwierzcie, że należę do osób bardzo wrażliwych :) W składzie pianki Hello Body znajdziemy składniki takie jak glinka Moor oraz ekstrakt z kokosa- wyobrażacie sobie ten zapach? Kocham dodatek kokosa w kosmetykach! Pianka ma świetnie usuwać pozostałości makijażu i tak, jak cała seria- zapobiegać powstawaniu wyprysków. Jej pojemność to również 100ml, czyli odpowiednio.


Czy pianka spełnia moje oczekiwania? Moim zdaniem jest to bardzo dobry produkt do zastosowania zaraz po demakijażu lub z samego rana, zaraz po przebudzeniu. Pianka nadaje skórze uczucie odświeżenia i czystości. Skóra jest gładka i miękka. Pianka nie podrażnia mojej skóry i nie daje uczucia "ściągnięcia". Tak, jak cała seria pięknie pachnie, co jak już wspominałam, dla mnie jest ogromnym plusem. Atomizer wydziela odpowiednią ilość produktu- dwie pompki w moim przypadku to idealna ilość na oczyszczenie całej twarzy.

Podsumowując, trzy produkty Hello Body to obecnie mój ulubiony zestaw pielęgnacyjny. Kiedy mi się skończą- na pewno kupię kolejne. Najważniejsze jest dla mnie konkretne działanie, a nie dziesiątki obietnic producenta. I w tym przypadku mam to zapewnione. Z przyjemnością wypróbuję inne produkty tej marki i na pewno dam Wam znać, jeśli znajdę jeszcze jakieś perełki. Dodatkowo mam dla was kod zniżkowy! Na hasło "KITTYBLOG" otrzymacie 20% zniżki na całe zamówienie na stronie Hello Body!

Macie jakieś doświadczenie z marką Hello Body? Jakie są Wasze ulubione produkty do pielęgnacji? Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach!
Buziaki!

wtorek, listopada 21

Idealna paleta na jesień? Labelle UK "So Lush"

Idealna paleta na jesień? Labelle UK "So Lush"
Dzień dobry, kochani! :)
Wiele z nas ciągle szuka "tej idealnej" palety na jesień. Takiej, którą będziemy mogły trzymać zarówno w szufladzie toaletki, jak i bez chwili zastanowienia zabrać ze sobą na wyjazd, wiedząc, że zawiera w sobie wszystko, co wystarczy nam do dziennych i wieczorowych makijaży. Najlepiej, żeby nie była za duża ani za ciężka. Długo szukałam palety, którą z czystym sumieniem będę mogła przedstawić Wam jako idealną. Przetestowałam różne marki- droższe, tańsze, łatwo i trudno dostępne, ciepłe, zimne, bardziej lub mniej "kolorowe". Po kilku tygodniach poszukiwań znalazłam coś, co według mnie zasługuje na miano tej wyjątkowej. Mowa tutaj o palecie So Lush marki Labelle UK. Być może wiele z Was nie zna tej marki, ale zapewniam- warto ją poznać! Sama w swojej kolekcji mam już sporo ich kosmetyków i na żaden nie mogę powiedzieć złego słowa. Świetna jakość w dobrej cenie.



Jak widzicie na zdjęciu- opakowanie paletki jest bardzo kolorowe i przyjemne dla oka. Jest tekturowe i bardzo lekkie. Paleta zamyka się na dość mocny magnes, co dla mnie zdecydowanie jest jednym z ulubionych rozwiązań. Złote obramowania dodają palecie elegancji, którą również uwielbiam. Za chwilkę pokażę Wam jej zawartość- uwierzcie- jest jeszcze lepsza niż "z zewnątrz".



Paleta zawiera zarówno matowe, jak i metaliczne wykończenia. Dokładnie mówiąc- każdy matowy odcień ma swój błyszczący odpowiednik- to również ciekawe rozwiązanie, kiedy nie mamy czasu na skomplikowany makijaż i na zastanawianie się, jak połączyć ze sobą kolory. Cienie nie są za duże- nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie to duży plus, ponieważ z reguły używam palet sama dla siebie i ciężko zużyć mi większe cienie. Jedynym minusem, jaki zauważyłam jest to, że cienie brudzą kartonowe opakowanie, jednak w przypadku tektury niestety jest to nieuniknione.
Jeśli chodzi o pigmentację- jest świetnie wyważona. Cienie nie są ani zbyt mocno ani za słabo napigmentowane. Pracuje się z nimi bardzo przyjemnie- kolor możemy budować i bardzo łatwo blendować. Jest to zdecydowanie to, czego oczekuję od dobrej palety. Nie znoszę, kiedy produkt pomimo "otrzepania" pędzla zostawia plamy na oczach. W tym przypadku tego problemu nie ma. Jeżeli miałabym porównać cienie z So Lush do innej, wysokopółkowej palety, to byłyby to palety z Too Faced. Formuła jest bardzo, bardzo podobna. Metaliczne cienie najlepiej nakładają się palcem albo zmoczonym pędzlem. Na sucho niestety nie dają takiego efektu, jakiego oczekuję od "błysku".


Kolejna ważna rzecz, to trwałość cieni. Od około dwóch lat używam bazy z Too Faced Shadow Insurance. Na tej bazie cienie trzymają się nienaruszone tak długo, dopóki ich nie zmyję. Ale! Nie chciałam testować paletki tylko na sprawdzonej bazie i przetestowałam je również na płynnym korektorze z Catrice- tutaj również nie mam żadnych zastrzeżeń. Cienie nie rolują się, nie znikają z powieki, nie tracą koloru w ciągu dnia. Trzymają się bez zarzutu również bez bazy, na tylko przypudrowanej powiece! Paleta So Lush to średnia półka cenowa- za 14 cieni musimy zapłacić 30$. Uważam, że paleta za około 120zł- tej jakości- to zdecydowanie dobry wybór. Pewnie pojawią się pytania, czy w tej cenie nie lepiej zainwestować w Zoevę. Moim zdaniem nie. Labelle UK moim zdaniem jakością bije znane palety Zoevy na głowę. Gdybym miała wybierać, bez wahania postawiłabym na So Lush. Mam nadzieję, że nie jest to ostatnia paletka, którą firma LB wypuści na rynek- kiedy tylko pojawi się coś nowego, na pewno od razu to przetestuję!
W palecie znajdziemy zarówno kolory ciepłe, jak i zimne. Fiolety, bordo, odcienie rudego- moje totalnie must have na jesień. Jeszcze oprócz matu w wydaniu metalicznym- coś pięknego. Znajdziemy w niej również odcienie transferowe- chłodne brązy i beże oraz odcienie kremowe. Tak, jak wspomniałam na samym początku postu- dla mnie połączenie idealne!


A jakie są Wasze ulubione jesienne palety? Podoba Wam się So Lush?
Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach!
Buziaki!

poniedziałek, listopada 6

TOP 8 pomadek na sezon jesień/zima

TOP 8 pomadek na sezon jesień/zima
Dzień dobry, kochani!
Dziś wracam do Was po sporej przerwie i mam nadzieję, że zostaniemy tutaj już na stałe :)
Przepraszam Was za moją ostatnią nieobecność i obiecuję poprawę! Takie postanowienie prawie-noworoczne :)
W dzisiejszym poście chciałam przedstawić Wam mój wybór najlepszych pomadek na "zimny" sezon, jakie mam w swojej kolekcji.
Jak powszechnie się przyjmuje- jesień i zima to okres czerwieni, fioletów, odcieni nude, brązów i bordo. Jak najbardziej zgadzam się z tymi trendami- ze względu na same te kolory, mogłabym żyć tylko tymi dwiema porami roku- uwielbiam mocne i wyraziste usta!


Postanowiłam wybrać pomadki z każdej półki cenowej- od Golden Rose, skończywszy na Chanel. Tak więc mam nadzieję, że każda z Was znajdzie tu coś odpowiedniego dla siebie. Wszystkie wykończenia, które wybrałam są matowe- z wyjątkiem Chanel. Okres jesienno-zimowy należy do moich ulubionych, jestem zakochana w ciepłych swetrach, gorącej herbacie, serialach i świeczkach. Chyba większość z nas to lubi, co? Chociaż jestem kompletnym zmarzluchem, to jestem w stanie wytrzymać to zło, w zamian za kolejny sezon Riverdale i imbir w herbacie ;)
Zdecydowanie wolę lekkie oczy i mocne usta- może dlatego, że natura obdarowała mnie dość sporymi usteczkami, co uważam za swoją najlepszą cechę. Lubię, kiedy są wyraźne, idealnie wyrysowana i podkreślone. Generalnie mam dwa warianty- mocna i długa kreska + pomadka w odcieniu nude albo leciutkie oko + bordo, czerwień lub fiolet na ustach. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć zestawienie swatchy moich ulubieńców.



Chętnie opowiem Wam po kolei o każdej z pomadek ze zdjęcia.
Pierwsza z nich to płynna matowa pomadka marki The Balm w odcieniu Affectionate. Jest to połączenie ciepłego fioletu z zimną szarością. Jest to jedyna pomadka w tego typu odcieniu, jaką posiadam- jest to według mnie kolor bardzo unikalny, a w dodatku przepięknie podkreśla zielone oczy. Idealnie nadaje się zarówno na dzień, jak i na wieczorne wyjście. Pomadka jest trwała, ma lekką formułę, ładnie się zjada, a do tego ślicznie pachnie. Jej cena to około 50/60 złotych.

Kolejny ulubieniec, to równie pomadka z The Balm, ale tym razem w odcieniu Honest. Co do formuły, trwałości i tego, jaka jest na ustach- jest dokładnie tak samo, jak w przypadku poprzedniego odcienia- bardzo, ale to bardzo komfortowa. Odcień Honest to dla mnie połączenie typowego nudziaka z odrobiną pomarańczy. Nie jest ani za zimna, ani na ciepła. Idealnie pasuje do brązowych i złotych cieni do powiek. Do tego jeden z moich ulubionych "rudych" swetrów i czuję się idealnie!

Trzecia pomadka od góry, to moje ogromne odkrycie ostatnich miesięcy- pomadka marki Girlactic w odcieniu Blossom. Przetestowałam w życiu ogromną ilość płynnych matowych pomadek i z ręką na sercu mogę Wam powiedzieć, że naprawdę nieczęsto trafiałam na tak świetną formułę. Pomadka na ustach zachowuje się tak, jakby jej nie było. Zjada się jeszcze lepiej, niż The Balm, jest jeszcze bardziej komfortowa i lekka. A do tego niesamowicie trwała- pomadki tej marki niejednokrotnie wytrzymały na moich ustach calutki dzień lub noc. Odcień Blossom to zgaszony odcień cegły. Pięknie podkreśla usta, nadaje twarzy zdrowy i promienny wygląd, ukrywa bladość i pięknie wybiela zęby. Uwielbiam nosić ją do czerni, beżu oraz butelkowej zieleni. Jej cena to niemało, bo blisko 100zł, jednak moim zdaniem są to dobrze wydane pieniądze- pomadka jest perfekcyjna!

Następny wybór padł na znane i lubiane przez wiele z Was Golden Rose. Moim jesiennym must have jest zdecydowanie odcień 16. Jest to dla mnie typowy odcień nude z minimalną domieszką brązu. Przez pewien czas lądowała na moich ustach dosłownie codziennie. Pomadki z Golden Rose mają przyjemną formułę, nie wysuszają ust, nie kleją się i są niesamowicie trwałe. W swojej kolekcji posiadam naprawdę sporo kolorów z serii płynnej, jednak ten wygrywa bezapelacyjnie. Pięknie prezentuje się moim zdaniem z każdym kolorem ubrania i pasuje do wielu makijaży. Cena to około 20 złotych.




Kolejne cudeńko to wyjątkowo wyrazisty odcień marki Makeup Revolution w odcieniu Royal. Jest to głęboki i bardzo ciemny fiolet, po zastygnięciu wpadający praktycznie w czerń. Jest to bardzo odważny odcień, z pewnością nie na wyjście do szkoły, czy pracy. Jednak na zimowe wieczorne wyjścia sprawdzi się idealnie. Maksymalnie wybiela zęby, sprawia, że usta wydają się pełniejsze. Formuła pomadki nie jest do końca idealna, ale na szczęście da się ją opanować- niestety przy moich ustach, nakładanie jej bezpośrednio aplikatorem nie sprawdza się kompletnie. Pomadka wtedy rozwarstwia się i nie wygląda to zbyt ciekawie. Jednak nakładana pędzelkiem do ust cieniutką warstwą wygląda niesamowicie elegancko i pięknie. Trzyma się naprawdę długo, jak w przypadku poprzedników zjada się ładnie i nie wysusza ust. Cena w zestawie z konturówką, to około 30/40 złotych.

Następna pomadka to idealny głęboki odcień czerwonego wina marki Makeup Geek w odcieniu Flamenco. Jest to moja pomadka numer jeden, jeśli chodzi o odcienie wina. Jest dość ciemna, więc również może nie nadawać się na dzienne wyjścia- jednak wieczorami to prawdziwa królowa. Trwałość pomadek z tej serii Makeup Geek, jak dla mnie bije wszystko inne na głowę. Pomadka na ustach zachowuje się podobnie do tintu- nie czuć jej absolutnie w ogóle na ustach, mimo że kolor jest bardzo mocny i intensywny. Jest lekka, przyjemna, również zjada się bezproblemowo i nie wymaga poprawek po dwóch godzinach. Jej cena to około 70/80 złotych.

Kolejna szminka- jeden z kultowych odcieni marki MAC- odcień Velvet Teddy. Jest to jasny, typowo dzienny nudziak. Pasuje praktycznie do każdego makijażu oraz dobrze komponuje się z większością stylizacji, które noszę. Nie jest ani za lekki, ani za mocny. Pomadki z Mac'a to jedne z moich ulubionych- mimo że nie są płynne. Uwielbiam ich trwałość, konsystencję i to, w jaki sposób wyglądają na ustach. Velvet Teddy "zmęczyłam" już prawie całą- to o czymś świadczy! Cena to około 90zł.

Ostatnia i jedyna pomadka, która nie ma matowego wykończenia, to czerwona szminka Chanel w odcieniu 102 Palpitante. Jest to malinowa czerwień, moja ulubiona pomadka z tej tonacji. Jest "miękka", bardzo kremowa, daje przepiękne satynowe wykończenie- a mimo tego jest bardzo trwała, kolor mocno "wbija" się w usta. Uwielbiam nosić ją do ubrań w odcieniach czerni- również na co dzień. Jest to najdroższa pomadka ze wszystkich- kosztuje blisko 200zł. Jednak osobiście uważam, że każda z nas powinna mieć w swojej kolekcji chociaż jedną, bardzo ekskluzywną szminkę.

To już wszystkie propozycje kolorów na sezon jesień/zima, jakie dla Was przygotowałam. Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach, jacy są Wasi ulubieńcy i co sądzicie o mojej propozycji!
Buziaki!

piątek, sierpnia 18

Beauty Delivery: Sigma Beauty

Beauty Delivery: Sigma Beauty
Dzień dobry!
Wow, jest tak gorąco, że naprawdę ciężko mi dzisiaj wytrzymać. Przyszedł czas na kolejny, nowy post. Dziś chcę pokazać Wam przesyłkę od marki Sigma Beauty. Jeśli interesujecie się makijażem i światem beauty, to zapewne wiecie, że jest to jedna z najlepszych i najbardziej pożądanych przez blogerki (i nie tylko!) firm. Kiedyś już miałam okazję testować ich produkty oraz pędzle i byłam naprawdę bardzo zadowolona. Dziś rano obudził mnie kurier z nową przesyłką. Przyznaję- śledziłam ją co chwilę, odkąd dostałam e-mail z informacją, że już do mnie idzie. Wyobraźcie sobie, jaka była moja radość, kiedy pod moje okno podjechał samochód Fedex'a :)
Dziś chcę pokazać Wam, co znalazło się w paczce- natomiast w następnych postach, jeśli będę zadowolona- poszczególne produkty.


Czy tylko ja po prostu uwielbiam ładnie zapakowane paczki? Serio, kiedy widzę jakieś wstążeczki, kokardki, kolorowe papierki czy koraliki, to od razu się cieszę, najpierw oglądam "opakowanie", a dopiero później zawartość :) Jak widzicie, w pudełko znalazło się naprawdę dużo kosmetyków i pędzli. Szczególnie cieszę się z pędzelków- jak dla mnie Sigma ma w sprzedaży jedne z lepszych na rynku. Mam już jeden zestaw i kilka pojedynczych pędzli tej marki i przyznaję, że praca z nimi to czysta przyjemność. Okej! Przejdźmy do poszczególnych produktów, które wpadły dziś w moje łapki!



Pierwszą rzeczą jest paletka cieni "Smoke Screen". Od dawna miałam ochotę na paletkę Sigmy. Często widywałam je w instagramowych tutorialach znanych amerykańskich dziewczyn i za każdym razem nie mogłam się na nią napatrzeć. Dlatego bardzo się cieszę, że w końcu na własnym oku będę mogła sprawdzić, o co tyle szumu. Na pewno dam Wam znać, jak się sprawuje. A może jakiś makijażyk? Dajcie znać!


Eyeliner w żelu w odcieniu "Wicked". Mam naprawdę niewielkie doświadczenie z eyelinerami w żelu, wiecie? Zawsze miałam na oku trzy żelowe- z Zoevy, Morphe Brushes i ten z Sigmy. Kiedy zobaczyłam go w przesyłce, stwierdziłam, że prawdopodobnie będzie to idealna okazja na naukę malowania kreski tego typu produktem i pędzelkiem. Przekonamy się, jak mi to wyjdzie, ale to, co widzę na pierwszy rzut oka to to, że eyeliner jest naprawdę bardzo, bardzo czarny. Jestem ciekawa, jak będzie się z nim pracować i przede wszystkim- czy będzie trwały.


Kolejne produkty, to dwie pomadki do ust. Jedna z serii Lip Eclipse, a druga Power Stick. Żadna z nich nie jest matowa, co przyznam, mocno mnie zdziwiło- przy takiej "modzie" na matowe usta, w paczce dostaję dwie "klasyczne" szminki. Ale cóż- mimo mojego wielkiego uwielbienia do matu, fajnie będzie spróbować czegoś innego, szczególnie teraz, kiedy połączenie upał + matowa pomadka, nie do końca są komfortowym rozwiązaniem. Pomadka w czarnym opakowaniu to odcień Bloody-Good, a tej w płynie- Seal of Approval.


Kolejne dwa produkty, to mini wersje szamponów do mycia pędzli. Przyznaję- nigdy nie miałam styczności z tego typu produktami. Do mycia pędzli wystarczał mi olejek z Rossmanna albo żel do higieny intymnej. Fajnie będzie sprawdzić, czy jest jakaś różnica między czymś "zwykłym", a tym specjalnie przeznaczonym do pędzli. Jeśli znajdę jakieś znaczące różnice- na pewno się nimi z Wami podzielę i z przyjemnością dam znać! :)



Następnie w paczce znalazłam Basic Eyes Kit, czyli zestaw siedmiu podstawowych pędzelków do makijażu oczu. Jak wspominałam wyżej- uwielbiam pędzle Sigmy! W moim rankingu stoją wyżej, niż Zoeva. Poważnie. Są świetnie wykonane- trzonki się nie rozklejają, włosie w żaden sposób się nie deformuje, a dodatkowo są mega, mega miękkie, precyzyjne- praca z nimi to czysta przyjemność! Szczególnie ciekawa jestem czarnego pędzelka do blendowania i pędzelka do brwi- wyglądają bardzo zachęcająco :)



Pędzel 3DHD Kabuki. Swojego czasu obiegł internetowy świat beauty z prędkością światła. Jego nietypowy kształt- jak widzicie na zdjęciu- ma za zadanie idealnie rozprowadzać kosmetyki oraz pozwalać na dotarcie do każdego miejsca na naszej twarzy. Jestem ciekawa, jak sprawdzi się u mnie do nakładania podkładu. Wow, nie używałam pędzla do tego zadania od dobrych dwóch lat- przerzuciłam się totalnie na Beauty Blender. Zobaczymy, czy 3DHD będzie umiał go zastąpić.



E06- precyzyjny pędzelek do eyelinera. Przyznam, że na pierwszy rzut oka wygląda naprawdę bardzo precyzyjnie. Myślę, że na dzisiejsze wyjście wypróbuję go w duecie z żelowym eyelinerem. Lubię rzeczy, które pozwalają mi na ogromną precyzję w makijażu. Mam nadzieję, że ten pędzelek spełni moje oczekiwania i powędruje do pojemniczka z tymi "najczęściej używanymi" :)



Ostatnia, a zarazem jedna z rzeczy, z której najbardziej się cieszę. Słynna mata do mycia pędzli. Słynna, bo tak jak 3DHD, w pewnym monecie zawładnęła internetem, blogami i YouTube'm. Podobno pozwala na łatwe i idealne umycie pędzli- nawet tych bardzo mocno ubrudzonych, np. z ciężkich podkładów. Dodatkowo- wiadomo, na pewno przyjemniej jest "trzeć" pędzelkiem o matę, niż o własną dłoń. Temu produktowi przyjrzę się najbardziej- dam Wam znać, czy to naprawdę takie wielkie halo :)

Ufff, to już wszystko! Serio, od rana uśmiech nie znika mi z twarzy, jestem mega zadowolona z tej przesyłki! Znalazłam kilka produktów, których jestem bardzo ciekawa. A Wam co najbardziej wpadło w oko? Koniecznie dajcie mi znać w komentarzu!
Buziaki!

środa, sierpnia 16

Jak obrabiam zdjęcia na Instagram? Jakich programów używam?

Jak obrabiam zdjęcia na Instagram? Jakich programów używam?
Hej!
W ostatnim czasie dostałam od Was naprawdę masę wiadomości odnośnie tego, w jaki sposób obrabiam swoje zdjęcia na Instagramie. Pytania dotyczyły zarówno zdjęć "układanek", jak i również zdjęć makijaży. W związku z tym postanowiłam pokazać Wam krok po kroku, jak wygląda moja edycja :)


Do obróbki zdjęć używam kilku programów. Są to zarówno aplikacje płatne, jak i darmowe. Wychodzę z założenia, że warto wydać trochę pieniędzy na coś, dzięki czemu moja praca będzie wyglądała o wiele lepiej. W dalszej części postu pokażę Wam, w jaki sposób używam każdego poszczególnego programu i jak w moim przypadku prezentuje się proces całej obróbki. Na zdjęciu wyżej możecie zobaczyć- po lewej stronie zdjęcie oryginalne, które nie zostało jeszcze dotknięte żadną edycją- natomiast po prawej- skończone, przerobione zdjęcie z Instagrama. Na zdjęciu niżej zobaczycie, jakie aplikacje mam na swoim telefonie. Jest to wszystko, czego używam podczas przygotowywania zdjęć do publikacji :)


Zacznijmy od górnego rzędu, lewa strona:

beFunky- programu tego używam tylko do dodania swojego znaku wodnego na zdjęcia. Dodatkowo- podczas edycji zdjęć makijaży, w tym programie robię lustrzane odbicie zdjęcia, a następnie łączę zdjęcia oka w kolaż.
Photoshop Fix- ta aplikacja służy mi do korekty zdjęć, przedłużania tła oraz usuwania drobnych elementów. W łatwy i przejrzysty sposób pozbywam się niedoskonałości na twarzy etc.
Facetune- z tej aplikacji korzystam najczęściej. W dalszej części postu pokażę Wam, co dokładnie robię, w jakich proporcjach i opowiem, dlaczego właśnie ten program uważam za najlepszy.
UNUM- nie jest to aplikacja do konkretnej obróbki zdjęć. Możemy w niej sprawdzić, jak nasze zdjęcie będzie prezentować się na Instagramie. Aplikacja tworzy siatkę naszego IG, na którą możemy wrzucić zdjęcie, które planujemy dodać.
VSCO- w tej aplikacji dorzucam filtr na zdjęcia "układanek". Przy zdjęciach makijaży nie korzystam z niej.

Skoro wiecie już, jakie aplikacje znajdują się w moim telefonie, przyszła pora na przedstawienie Wam, jak dokładnie wygląda obróbka.


Tutaj widzicie otwartą aplikację Photoshop Fix razem z opcją "korekta". Rozmiar ustawiam zależnie od wielkości niedoskonałości, którą chcę usunąć oraz przybliżam zdjęcie na tyle, na ile to możliwe, żeby zrobić wszystko bardzo dokładnie. Twardość korekty ustawiam na 30- jest to według mnie idealne ustawienie- miejsce na zdjęciu po korekcie wygląda gładko i naturalnie- nie widać, żeby zostało poddane tego typu obróbce :)


Przejdźmy teraz do punktu głównego- obróbki w Facetune. Jest to aplikacja płatna, jednak polecam zainwestować w nią każdemu, komu zależy na profesjonalnej i porządnej obróbce- w szczególności zdjęć makijaży. Zacznijmy od początku- pierwszą rzeczą, którą robię w przypadku zdjęć oka- włączam opcję "whiten" i zaznaczam na zdjęciu elementy takie jak rozświetlacz, wewnętrzny kącik oka- generalnie jeszcze mocniej podkreślam wszystkie rozświetlone miejsca na mojej twarzy. Kiedy już to zrobię, przechodzę do opcji "smooth"- tutaj wygładzam całą twarz. Kiedy wszystko jest już ładnie wygładzone, wchodzę w opcję "details". Za pomocą tej opcji wyostrzam elementy, które w danym zdjęciu powinny być najmocniej widoczne. Z reguły jest to źrenica- podoba mi się efekt, kiedy jest ostra. Często podkreślam również środek powieki, co daje mi efekt trójwymiarowości. Jeśli natomiast chodzi o zdjęcia "układanek"- opcją "whiten" całkowicie wybielam tło, "details" służy mi do wyostrzenia przedmiotów znajdujących się na zdjęciu poza tłem. 


Kolejna opcja- "tones". Używam jej tylko podczas obróbki zdjęć makijaży. Jest to opcja, dzięki której w naturalny sposób możemy pogłębić kolory na zdjęciu. Przykładowo- kolorem czarnym pogłębiam linię wodną, górną linię rzęs oraz same rzęsy. Kolorem białym całkowicie rozjaśniam tło za moją twarzą. I dalej zależnie od koloru danego makijażu- jeśli np. mój makijaż jest różowy- delikatnym odcieniem różu pogłębiam intensywność. Często poprawiam również kolor swoich białek- zdarza się, że mam mocno przekrwione oczy, co niestety nie prezentuje się na zdjęciach zbyt dobrze. Niżej zobaczycie zdjęcie makijażu- po lewej- bez żadnej obróbki- po prawej- po pełnej obróbce w Facetune.



Podkreślam- cały czas się uczę! Na przykład- o wiele bardziej zadowolona jestem z obróbki zdjęcia na górze, niż tego na dole. Cały czas bawię się z intensywnością, kolorami, wygładzeniem itp. Staram się znaleźć takie ustawienia, żeby zdjęcia wyglądały jak najbardziej naturalnie.


Mam nadzieję, że tym postem odpowiedziałam na Wasze pytania, a przynajmniej na większość :) Jeśli jest coś, co jeszcze chcielibyście wiedzieć- śmiało piszcie w komentarzach!
Buziaki!
Copyright © 2016 killukitty , Blogger