poniedziałek, listopada 6

TOP 8 pomadek na sezon jesień/zima

TOP 8 pomadek na sezon jesień/zima
Dzień dobry, kochani!
Dziś wracam do Was po sporej przerwie i mam nadzieję, że zostaniemy tutaj już na stałe :)
Przepraszam Was za moją ostatnią nieobecność i obiecuję poprawę! Takie postanowienie prawie-noworoczne :)
W dzisiejszym poście chciałam przedstawić Wam mój wybór najlepszych pomadek na "zimny" sezon, jakie mam w swojej kolekcji.
Jak powszechnie się przyjmuje- jesień i zima to okres czerwieni, fioletów, odcieni nude, brązów i bordo. Jak najbardziej zgadzam się z tymi trendami- ze względu na same te kolory, mogłabym żyć tylko tymi dwiema porami roku- uwielbiam mocne i wyraziste usta!


Postanowiłam wybrać pomadki z każdej półki cenowej- od Golden Rose, skończywszy na Chanel. Tak więc mam nadzieję, że każda z Was znajdzie tu coś odpowiedniego dla siebie. Wszystkie wykończenia, które wybrałam są matowe- z wyjątkiem Chanel. Okres jesienno-zimowy należy do moich ulubionych, jestem zakochana w ciepłych swetrach, gorącej herbacie, serialach i świeczkach. Chyba większość z nas to lubi, co? Chociaż jestem kompletnym zmarzluchem, to jestem w stanie wytrzymać to zło, w zamian za kolejny sezon Riverdale i imbir w herbacie ;)
Zdecydowanie wolę lekkie oczy i mocne usta- może dlatego, że natura obdarowała mnie dość sporymi usteczkami, co uważam za swoją najlepszą cechę. Lubię, kiedy są wyraźne, idealnie wyrysowana i podkreślone. Generalnie mam dwa warianty- mocna i długa kreska + pomadka w odcieniu nude albo leciutkie oko + bordo, czerwień lub fiolet na ustach. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć zestawienie swatchy moich ulubieńców.



Chętnie opowiem Wam po kolei o każdej z pomadek ze zdjęcia.
Pierwsza z nich to płynna matowa pomadka marki The Balm w odcieniu Affectionate. Jest to połączenie ciepłego fioletu z zimną szarością. Jest to jedyna pomadka w tego typu odcieniu, jaką posiadam- jest to według mnie kolor bardzo unikalny, a w dodatku przepięknie podkreśla zielone oczy. Idealnie nadaje się zarówno na dzień, jak i na wieczorne wyjście. Pomadka jest trwała, ma lekką formułę, ładnie się zjada, a do tego ślicznie pachnie. Jej cena to około 50/60 złotych.

Kolejny ulubieniec, to równie pomadka z The Balm, ale tym razem w odcieniu Honest. Co do formuły, trwałości i tego, jaka jest na ustach- jest dokładnie tak samo, jak w przypadku poprzedniego odcienia- bardzo, ale to bardzo komfortowa. Odcień Honest to dla mnie połączenie typowego nudziaka z odrobiną pomarańczy. Nie jest ani za zimna, ani na ciepła. Idealnie pasuje do brązowych i złotych cieni do powiek. Do tego jeden z moich ulubionych "rudych" swetrów i czuję się idealnie!

Trzecia pomadka od góry, to moje ogromne odkrycie ostatnich miesięcy- pomadka marki Girlactic w odcieniu Blossom. Przetestowałam w życiu ogromną ilość płynnych matowych pomadek i z ręką na sercu mogę Wam powiedzieć, że naprawdę nieczęsto trafiałam na tak świetną formułę. Pomadka na ustach zachowuje się tak, jakby jej nie było. Zjada się jeszcze lepiej, niż The Balm, jest jeszcze bardziej komfortowa i lekka. A do tego niesamowicie trwała- pomadki tej marki niejednokrotnie wytrzymały na moich ustach calutki dzień lub noc. Odcień Blossom to zgaszony odcień cegły. Pięknie podkreśla usta, nadaje twarzy zdrowy i promienny wygląd, ukrywa bladość i pięknie wybiela zęby. Uwielbiam nosić ją do czerni, beżu oraz butelkowej zieleni. Jej cena to niemało, bo blisko 100zł, jednak moim zdaniem są to dobrze wydane pieniądze- pomadka jest perfekcyjna!

Następny wybór padł na znane i lubiane przez wiele z Was Golden Rose. Moim jesiennym must have jest zdecydowanie odcień 16. Jest to dla mnie typowy odcień nude z minimalną domieszką brązu. Przez pewien czas lądowała na moich ustach dosłownie codziennie. Pomadki z Golden Rose mają przyjemną formułę, nie wysuszają ust, nie kleją się i są niesamowicie trwałe. W swojej kolekcji posiadam naprawdę sporo kolorów z serii płynnej, jednak ten wygrywa bezapelacyjnie. Pięknie prezentuje się moim zdaniem z każdym kolorem ubrania i pasuje do wielu makijaży. Cena to około 20 złotych.




Kolejne cudeńko to wyjątkowo wyrazisty odcień marki Makeup Revolution w odcieniu Royal. Jest to głęboki i bardzo ciemny fiolet, po zastygnięciu wpadający praktycznie w czerń. Jest to bardzo odważny odcień, z pewnością nie na wyjście do szkoły, czy pracy. Jednak na zimowe wieczorne wyjścia sprawdzi się idealnie. Maksymalnie wybiela zęby, sprawia, że usta wydają się pełniejsze. Formuła pomadki nie jest do końca idealna, ale na szczęście da się ją opanować- niestety przy moich ustach, nakładanie jej bezpośrednio aplikatorem nie sprawdza się kompletnie. Pomadka wtedy rozwarstwia się i nie wygląda to zbyt ciekawie. Jednak nakładana pędzelkiem do ust cieniutką warstwą wygląda niesamowicie elegancko i pięknie. Trzyma się naprawdę długo, jak w przypadku poprzedników zjada się ładnie i nie wysusza ust. Cena w zestawie z konturówką, to około 30/40 złotych.

Następna pomadka to idealny głęboki odcień czerwonego wina marki Makeup Geek w odcieniu Flamenco. Jest to moja pomadka numer jeden, jeśli chodzi o odcienie wina. Jest dość ciemna, więc również może nie nadawać się na dzienne wyjścia- jednak wieczorami to prawdziwa królowa. Trwałość pomadek z tej serii Makeup Geek, jak dla mnie bije wszystko inne na głowę. Pomadka na ustach zachowuje się podobnie do tintu- nie czuć jej absolutnie w ogóle na ustach, mimo że kolor jest bardzo mocny i intensywny. Jest lekka, przyjemna, również zjada się bezproblemowo i nie wymaga poprawek po dwóch godzinach. Jej cena to około 70/80 złotych.

Kolejna szminka- jeden z kultowych odcieni marki MAC- odcień Velvet Teddy. Jest to jasny, typowo dzienny nudziak. Pasuje praktycznie do każdego makijażu oraz dobrze komponuje się z większością stylizacji, które noszę. Nie jest ani za lekki, ani za mocny. Pomadki z Mac'a to jedne z moich ulubionych- mimo że nie są płynne. Uwielbiam ich trwałość, konsystencję i to, w jaki sposób wyglądają na ustach. Velvet Teddy "zmęczyłam" już prawie całą- to o czymś świadczy! Cena to około 90zł.

Ostatnia i jedyna pomadka, która nie ma matowego wykończenia, to czerwona szminka Chanel w odcieniu 102 Palpitante. Jest to malinowa czerwień, moja ulubiona pomadka z tej tonacji. Jest "miękka", bardzo kremowa, daje przepiękne satynowe wykończenie- a mimo tego jest bardzo trwała, kolor mocno "wbija" się w usta. Uwielbiam nosić ją do ubrań w odcieniach czerni- również na co dzień. Jest to najdroższa pomadka ze wszystkich- kosztuje blisko 200zł. Jednak osobiście uważam, że każda z nas powinna mieć w swojej kolekcji chociaż jedną, bardzo ekskluzywną szminkę.

To już wszystkie propozycje kolorów na sezon jesień/zima, jakie dla Was przygotowałam. Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach, jacy są Wasi ulubieńcy i co sądzicie o mojej propozycji!
Buziaki!

piątek, sierpnia 18

Beauty Delivery: Sigma Beauty

Beauty Delivery: Sigma Beauty
Dzień dobry!
Wow, jest tak gorąco, że naprawdę ciężko mi dzisiaj wytrzymać. Przyszedł czas na kolejny, nowy post. Dziś chcę pokazać Wam przesyłkę od marki Sigma Beauty. Jeśli interesujecie się makijażem i światem beauty, to zapewne wiecie, że jest to jedna z najlepszych i najbardziej pożądanych przez blogerki (i nie tylko!) firm. Kiedyś już miałam okazję testować ich produkty oraz pędzle i byłam naprawdę bardzo zadowolona. Dziś rano obudził mnie kurier z nową przesyłką. Przyznaję- śledziłam ją co chwilę, odkąd dostałam e-mail z informacją, że już do mnie idzie. Wyobraźcie sobie, jaka była moja radość, kiedy pod moje okno podjechał samochód Fedex'a :)
Dziś chcę pokazać Wam, co znalazło się w paczce- natomiast w następnych postach, jeśli będę zadowolona- poszczególne produkty.


Czy tylko ja po prostu uwielbiam ładnie zapakowane paczki? Serio, kiedy widzę jakieś wstążeczki, kokardki, kolorowe papierki czy koraliki, to od razu się cieszę, najpierw oglądam "opakowanie", a dopiero później zawartość :) Jak widzicie, w pudełko znalazło się naprawdę dużo kosmetyków i pędzli. Szczególnie cieszę się z pędzelków- jak dla mnie Sigma ma w sprzedaży jedne z lepszych na rynku. Mam już jeden zestaw i kilka pojedynczych pędzli tej marki i przyznaję, że praca z nimi to czysta przyjemność. Okej! Przejdźmy do poszczególnych produktów, które wpadły dziś w moje łapki!



Pierwszą rzeczą jest paletka cieni "Smoke Screen". Od dawna miałam ochotę na paletkę Sigmy. Często widywałam je w instagramowych tutorialach znanych amerykańskich dziewczyn i za każdym razem nie mogłam się na nią napatrzeć. Dlatego bardzo się cieszę, że w końcu na własnym oku będę mogła sprawdzić, o co tyle szumu. Na pewno dam Wam znać, jak się sprawuje. A może jakiś makijażyk? Dajcie znać!


Eyeliner w żelu w odcieniu "Wicked". Mam naprawdę niewielkie doświadczenie z eyelinerami w żelu, wiecie? Zawsze miałam na oku trzy żelowe- z Zoevy, Morphe Brushes i ten z Sigmy. Kiedy zobaczyłam go w przesyłce, stwierdziłam, że prawdopodobnie będzie to idealna okazja na naukę malowania kreski tego typu produktem i pędzelkiem. Przekonamy się, jak mi to wyjdzie, ale to, co widzę na pierwszy rzut oka to to, że eyeliner jest naprawdę bardzo, bardzo czarny. Jestem ciekawa, jak będzie się z nim pracować i przede wszystkim- czy będzie trwały.


Kolejne produkty, to dwie pomadki do ust. Jedna z serii Lip Eclipse, a druga Power Stick. Żadna z nich nie jest matowa, co przyznam, mocno mnie zdziwiło- przy takiej "modzie" na matowe usta, w paczce dostaję dwie "klasyczne" szminki. Ale cóż- mimo mojego wielkiego uwielbienia do matu, fajnie będzie spróbować czegoś innego, szczególnie teraz, kiedy połączenie upał + matowa pomadka, nie do końca są komfortowym rozwiązaniem. Pomadka w czarnym opakowaniu to odcień Bloody-Good, a tej w płynie- Seal of Approval.


Kolejne dwa produkty, to mini wersje szamponów do mycia pędzli. Przyznaję- nigdy nie miałam styczności z tego typu produktami. Do mycia pędzli wystarczał mi olejek z Rossmanna albo żel do higieny intymnej. Fajnie będzie sprawdzić, czy jest jakaś różnica między czymś "zwykłym", a tym specjalnie przeznaczonym do pędzli. Jeśli znajdę jakieś znaczące różnice- na pewno się nimi z Wami podzielę i z przyjemnością dam znać! :)



Następnie w paczce znalazłam Basic Eyes Kit, czyli zestaw siedmiu podstawowych pędzelków do makijażu oczu. Jak wspominałam wyżej- uwielbiam pędzle Sigmy! W moim rankingu stoją wyżej, niż Zoeva. Poważnie. Są świetnie wykonane- trzonki się nie rozklejają, włosie w żaden sposób się nie deformuje, a dodatkowo są mega, mega miękkie, precyzyjne- praca z nimi to czysta przyjemność! Szczególnie ciekawa jestem czarnego pędzelka do blendowania i pędzelka do brwi- wyglądają bardzo zachęcająco :)



Pędzel 3DHD Kabuki. Swojego czasu obiegł internetowy świat beauty z prędkością światła. Jego nietypowy kształt- jak widzicie na zdjęciu- ma za zadanie idealnie rozprowadzać kosmetyki oraz pozwalać na dotarcie do każdego miejsca na naszej twarzy. Jestem ciekawa, jak sprawdzi się u mnie do nakładania podkładu. Wow, nie używałam pędzla do tego zadania od dobrych dwóch lat- przerzuciłam się totalnie na Beauty Blender. Zobaczymy, czy 3DHD będzie umiał go zastąpić.



E06- precyzyjny pędzelek do eyelinera. Przyznam, że na pierwszy rzut oka wygląda naprawdę bardzo precyzyjnie. Myślę, że na dzisiejsze wyjście wypróbuję go w duecie z żelowym eyelinerem. Lubię rzeczy, które pozwalają mi na ogromną precyzję w makijażu. Mam nadzieję, że ten pędzelek spełni moje oczekiwania i powędruje do pojemniczka z tymi "najczęściej używanymi" :)



Ostatnia, a zarazem jedna z rzeczy, z której najbardziej się cieszę. Słynna mata do mycia pędzli. Słynna, bo tak jak 3DHD, w pewnym monecie zawładnęła internetem, blogami i YouTube'm. Podobno pozwala na łatwe i idealne umycie pędzli- nawet tych bardzo mocno ubrudzonych, np. z ciężkich podkładów. Dodatkowo- wiadomo, na pewno przyjemniej jest "trzeć" pędzelkiem o matę, niż o własną dłoń. Temu produktowi przyjrzę się najbardziej- dam Wam znać, czy to naprawdę takie wielkie halo :)

Ufff, to już wszystko! Serio, od rana uśmiech nie znika mi z twarzy, jestem mega zadowolona z tej przesyłki! Znalazłam kilka produktów, których jestem bardzo ciekawa. A Wam co najbardziej wpadło w oko? Koniecznie dajcie mi znać w komentarzu!
Buziaki!

środa, sierpnia 16

Jak obrabiam zdjęcia na Instagram? Jakich programów używam?

Jak obrabiam zdjęcia na Instagram? Jakich programów używam?
Hej!
W ostatnim czasie dostałam od Was naprawdę masę wiadomości odnośnie tego, w jaki sposób obrabiam swoje zdjęcia na Instagramie. Pytania dotyczyły zarówno zdjęć "układanek", jak i również zdjęć makijaży. W związku z tym postanowiłam pokazać Wam krok po kroku, jak wygląda moja edycja :)


Do obróbki zdjęć używam kilku programów. Są to zarówno aplikacje płatne, jak i darmowe. Wychodzę z założenia, że warto wydać trochę pieniędzy na coś, dzięki czemu moja praca będzie wyglądała o wiele lepiej. W dalszej części postu pokażę Wam, w jaki sposób używam każdego poszczególnego programu i jak w moim przypadku prezentuje się proces całej obróbki. Na zdjęciu wyżej możecie zobaczyć- po lewej stronie zdjęcie oryginalne, które nie zostało jeszcze dotknięte żadną edycją- natomiast po prawej- skończone, przerobione zdjęcie z Instagrama. Na zdjęciu niżej zobaczycie, jakie aplikacje mam na swoim telefonie. Jest to wszystko, czego używam podczas przygotowywania zdjęć do publikacji :)


Zacznijmy od górnego rzędu, lewa strona:

beFunky- programu tego używam tylko do dodania swojego znaku wodnego na zdjęcia. Dodatkowo- podczas edycji zdjęć makijaży, w tym programie robię lustrzane odbicie zdjęcia, a następnie łączę zdjęcia oka w kolaż.
Photoshop Fix- ta aplikacja służy mi do korekty zdjęć, przedłużania tła oraz usuwania drobnych elementów. W łatwy i przejrzysty sposób pozbywam się niedoskonałości na twarzy etc.
Facetune- z tej aplikacji korzystam najczęściej. W dalszej części postu pokażę Wam, co dokładnie robię, w jakich proporcjach i opowiem, dlaczego właśnie ten program uważam za najlepszy.
UNUM- nie jest to aplikacja do konkretnej obróbki zdjęć. Możemy w niej sprawdzić, jak nasze zdjęcie będzie prezentować się na Instagramie. Aplikacja tworzy siatkę naszego IG, na którą możemy wrzucić zdjęcie, które planujemy dodać.
VSCO- w tej aplikacji dorzucam filtr na zdjęcia "układanek". Przy zdjęciach makijaży nie korzystam z niej.

Skoro wiecie już, jakie aplikacje znajdują się w moim telefonie, przyszła pora na przedstawienie Wam, jak dokładnie wygląda obróbka.


Tutaj widzicie otwartą aplikację Photoshop Fix razem z opcją "korekta". Rozmiar ustawiam zależnie od wielkości niedoskonałości, którą chcę usunąć oraz przybliżam zdjęcie na tyle, na ile to możliwe, żeby zrobić wszystko bardzo dokładnie. Twardość korekty ustawiam na 30- jest to według mnie idealne ustawienie- miejsce na zdjęciu po korekcie wygląda gładko i naturalnie- nie widać, żeby zostało poddane tego typu obróbce :)


Przejdźmy teraz do punktu głównego- obróbki w Facetune. Jest to aplikacja płatna, jednak polecam zainwestować w nią każdemu, komu zależy na profesjonalnej i porządnej obróbce- w szczególności zdjęć makijaży. Zacznijmy od początku- pierwszą rzeczą, którą robię w przypadku zdjęć oka- włączam opcję "whiten" i zaznaczam na zdjęciu elementy takie jak rozświetlacz, wewnętrzny kącik oka- generalnie jeszcze mocniej podkreślam wszystkie rozświetlone miejsca na mojej twarzy. Kiedy już to zrobię, przechodzę do opcji "smooth"- tutaj wygładzam całą twarz. Kiedy wszystko jest już ładnie wygładzone, wchodzę w opcję "details". Za pomocą tej opcji wyostrzam elementy, które w danym zdjęciu powinny być najmocniej widoczne. Z reguły jest to źrenica- podoba mi się efekt, kiedy jest ostra. Często podkreślam również środek powieki, co daje mi efekt trójwymiarowości. Jeśli natomiast chodzi o zdjęcia "układanek"- opcją "whiten" całkowicie wybielam tło, "details" służy mi do wyostrzenia przedmiotów znajdujących się na zdjęciu poza tłem. 


Kolejna opcja- "tones". Używam jej tylko podczas obróbki zdjęć makijaży. Jest to opcja, dzięki której w naturalny sposób możemy pogłębić kolory na zdjęciu. Przykładowo- kolorem czarnym pogłębiam linię wodną, górną linię rzęs oraz same rzęsy. Kolorem białym całkowicie rozjaśniam tło za moją twarzą. I dalej zależnie od koloru danego makijażu- jeśli np. mój makijaż jest różowy- delikatnym odcieniem różu pogłębiam intensywność. Często poprawiam również kolor swoich białek- zdarza się, że mam mocno przekrwione oczy, co niestety nie prezentuje się na zdjęciach zbyt dobrze. Niżej zobaczycie zdjęcie makijażu- po lewej- bez żadnej obróbki- po prawej- po pełnej obróbce w Facetune.



Podkreślam- cały czas się uczę! Na przykład- o wiele bardziej zadowolona jestem z obróbki zdjęcia na górze, niż tego na dole. Cały czas bawię się z intensywnością, kolorami, wygładzeniem itp. Staram się znaleźć takie ustawienia, żeby zdjęcia wyglądały jak najbardziej naturalnie.


Mam nadzieję, że tym postem odpowiedziałam na Wasze pytania, a przynajmniej na większość :) Jeśli jest coś, co jeszcze chcielibyście wiedzieć- śmiało piszcie w komentarzach!
Buziaki!

niedziela, sierpnia 13

Luźna niedziela: Co u mnie, makijaże, See Bloggers, Instagram

 Luźna niedziela: Co u mnie, makijaże, See Bloggers, Instagram
Witajcie w niedzielę! Dawno mnie tu nie było, prawda? Niestety. Miałam sporą przerwę w pisaniu dla Was postów, momentami nawet zastanawiałam się, czy nie przerzucić się na sam Instagram. Na szczęście mój mózg znów przyjął prawidłowe myślenie i od teraz posty będą pojawiać się regularnie- bardzo regularnie. Podczas przerwy w mojej głowie zrodziło się tyle pomysłów, że szczerze mówiąc aż ciężko jest mi rozplanować, w jakiej kolejności zacząć pisać i planować.


W ciągu ostatnich dwóch miesięcy naprawdę sporo się u mnie działo. Bardzo dużo czasu poświęciłam na ćwiczenie technik makijażu i dopracowywanie najmniejszych szczegółów podczas malowania. Naprawdę bardzo mocno się za to wzięłam. Kiedy maluję, czuję się naprawdę dobrze, w końcu znalazłam coś, co sprawia mi najzwyczajniej w świecie czystą przyjemność. Wcześniej coś tam próbowałam, ale zawsze kończyło się na poddaniu się po najmniejszej porażce. Z czasem zrozumiałam, że to zwykły bezsens, a każda porażka zaczęła utwierdzać mnie w tym, że dam radę. Na dzień dzisiejszy jestem dumna z tego, co robię i z tego, w jaki sposób mi to wychodzi. Nie uważam się za żadnego Picassa makijażu, ale nie uważam również, że jestem słaba. Praktycznie codziennie tworzę coś nowego i staram się, aby każda kolejna wykonana przeze mnie praca była lepsza.


W sierpniu miałam naprawdę dużo czasu na malowanie- już w pierwszej połowie zdążyłam skręcić kostkę i przejść zapalenie ucha, co uziemiło mnie w domu na ładne dwa tygodnie. Ten miesiąc chyba ogólnie nie jest dla mnie łaskawy- wszystko leci mi z rąk, a na prostej drodze potykam się po kilku krokach- chyba czas trochę wyluzować.
Mamy już połowę drugiego miesiąca wakacji, a ja jeszcze nie opisywałam Wam mojego wyjazdu na tegoroczną edycję See Bloggers. W tym poście nie znajdziecie wszystkich zdjęć i opisu całego wydarzenia- planuję napisać na ten temat osobny, specjalny wpis. Tutaj natomiast chciałam podzielić się z Wami kilkoma ogólnymi słowami na temat festiwalu. W tym roku w Gdyni spędziłam 5 dni. Razem z K. postanowiliśmy wyjechać trochę wcześniej, żeby mieć trochę wolnego czasu, a na samo See Bloggers pójść spokojnie, a nie prosto z pociągu. Była to zdecydowanie jedna z lepszych decyzji- aż przykro mi było patrzeć na masę uczestników, którzy prosto z pociągu biegli do PPNT. Z samego wydarzenia jestem o wiele bardziej zadowolona, niż w zeszłym roku- tego lata udało mi się zapisać na sporo warsztatów, które wydawały mi się też o wiele ciekawsze niż w 2016 roku. Podczas tej edycji poznałam też o wiele więcej świetnych ludzi, z którymi mega miło spędziłam czas i wspaniałe bawiłam się na afterparty. Czy warto jeździć na tego typu spotkania blogerów? Wiem, że zdania są bardzo podzielone, jednak moim zdaniem- warto. Między innymi See Bloggers pomogło mi podjąć decyzję, żeby za nic w świecie nie przestawać pisać. Wróciłam stamtąd naładowana ogromną dawką motywacji i pozytywnej energii. Ale dokładnie o tym wszystkim już niedługo.


Ostatnie miesiące w dużej mierze poświęciłam rozwojowi mojego Instagrama. Była to zdecydowanie świetna decyzja. Nauczyłam się, że najlepsze, co możemy robić, to inwestować w siebie i własne możliwości. Realizować marzenia i każdego dnia stawiać czoła nowym wyzwaniom. Nawet nie wiem, w którym momencie tego, co tworzę w internecie, zebrało się ze mną tak ogromne grono osób, które naprawdę potrafią każdego dnia czekać na nowy post, zdjęcie, czy makijaż. W oczach kręcą mi się łzy, kiedy widzę, że dla tylu osób w jakiś sposób jestem inspiracją. Największą nagrodą za moją pracę jesteście dla mnie Wy. Czytacie co piszę, oglądacie to, co dodaję i polegacie w ciemno na tym, co Wam polecam- a w większości piszecie mi, że rzeczywiście miałam rację i nie zawiedliście się na tym, co mówię. Instagram w ostatnim czasie pokazał mi zarówno, jak wiele można osiągnąć i zdziałać, ale ujawnił przede mną też swoją mroczną stronę- tę, przez którą czasami nie mam ochoty odświeżyć powiadomień ani sprawdzić skrzynki odbiorczej. Na mojej drodze staje coraz więcej "anonimowych" osób, które w jakiś sposób nie mogą znieść tego, że mi się udaje. Ale szczerze? Mam to gdzieś. To całe zło i tak zawsze przebiją ludzie, którzy są ze mną.
Na chwilę obecną wiem, że odnalazłam w życiu to, co chcę robić.


Podsumowując- jest świetnie. Naprawdę. Dawno nie miałam w sobie tak ogromnej motywacji. I życzę takiego powera każdemu, kto choć na chwilę zwątpił w swoje możliwości i ma ochotę odpuścić :)
Ufff, nie wyobrażacie sobie nawet, jakie to przyjemne, znów siedzieć przy laptopie z otwartą kartą nowego wpisu. Do zobaczenia już niedługo! A tymczasem uciekam spisać wszystkie pomysły, bo dawno nie było ich aż tyle!
Buziaki!

poniedziałek, lipca 17

Nowości w mojej toaletce: Pierre Rene

Nowości w mojej toaletce: Pierre Rene
Dzień dobry, kochani!
Dziś przyszedł czas na małe nowości w mojej toaletce. Tym razem są to kosmetyki marki Pierre Rene. Markę znam od dawna i jest to jedna z tych firm, które przy niskiej cenie oferują wysoką jakość. Jesteście ciekawi, co wpadło w moje łapki? Jeśli tak, to chodźcie ze mną dalej! :)


Bohaterami dzisiejszej recenzji są trzy nowości: matowa pomadka, eyeliner w pędzelku oraz kremowa paleta do konturowania. Matowych pomadek u mnie nigdy mało, a konturowanie powoli staje się jednym z moich ulubionych kroków podczas wykonywania makijażu, więc jestem bardzo zadowolona, że właśnie takie kosmetyki trafiły w moje ręce. Przejdźmy do recenzji wszystkich produktów po kolei.

*Zdjęcia wykonałam przed użyciem produktów, dlatego fotki są "niemacane" ;)




W opakowaniu palety do konturowania Cream Contour, otrzymujemy dwa kolory- brąz do przyciemniania oraz odcień jasny do rozjaśniania. Odcień bronzera jest dość ciepły- co jednak absolutnie mi nie przeszkadza- nie lubię całkiem zimnych kolorów, mam wtedy wrażenie, że moja skóra wygląda bardzo staro i trupio, zdecydowanie wolę zdrowy wygląd. Odcień jasny z kolei- zawiera w sobie pięknie żółte tony, które świetnie wtapiają się w moją skórę.

KONSYSTENCJA
Zdecydowanie na plus. Produkty są miękkie, bardzo kremowe i pięknie się blendują. Nie pozostawiają smug ani plam. Są dość delikatne- można budować ich pigmentację, dzięki czemu nie musimy się bać, że zrobimy sobie krzywdę.

TRWAŁOŚĆ
Również bardzo dobra. Po przypudrowaniu produkty bez problemu wytrzymują cały dzień. Nie rozmazują się, ani nie znikają z twarzy.

OCENA OGÓLNA
Zdecydowanie 10/10!


Eyeliner Royal Liner bardzo przypadł mi do gustu. Uwielbiam tego rodzaju aplikatory. Gąbeczka jest miękka i giętka, dzięki czemu bez problemu możemy wykonać precyzyjną kreskę.

KONSYSTENCJA
Eyeliner jest średnio płynny i bardzo mocno czarny. Zastyga na lekki mat. Jedyny minus, jaki zauważyłam jest taki, że po około 8-10 godzinach zaczyna się delikatnie kruszyć w okolicy przedłużenia kreski, tam, gdzie w ciągu dnia mogą nam lekko łzawić oczy.

TRWAŁOŚĆ
Jak wyżej- bardzo dobra, poza minimalnym kruszeniem w okolicy zewnętrznego kącika oka. Czerń jest bardzo wyrazista i nie blaknie podczas noszenia.

OCENA OGÓLNA
8/10- odjęłam dwa punkty za lekkie kruszenie.



Pomadka Royal Mat Lipstick w przepięknym odcieniu w stylu barbie pink z niecierpliwością oczekuje w mojej toaletce na sezon wiosna/lato! Wspominałam Wam na InstaStory, że tego typu odcienie to moi bezkonkurencyjni faworyci na ciepłe pory roku. Odcień, który otrzymałam to numerek 02 Pink Cashmere. Samo opakowanie wygląda bardzo luksusowo- dla mnie bomba, na toaletce prezentuje się bosko!

KONSYSTENCJA
Z założenia pomadka powinna być matowa. Moim zdaniem jednak jest taka w połowie. Nie jest to produkt zastygający i ma zupełnie inną formułę niż rozsławione pomadki w płynie. Po nałożeniu na usta po około minucie staje się lekko matowa, jednak nazwałabym ten mat satynowym. Absolutnie nie wysusza ust, nie podkreśla suchych skórek. Pigmentacja również jest bardzo dobra.

TRWAŁOŚĆ
Pomadkę oceniłabym na raczej dzienną- nie wytrzyma z nami całej nocy szaleństw. Jednak kolor moim zdaniem jest typowo dzienny, więc nie jest to dla mnie problem. Szminka zjada się ładnie- nie odznacza się żadna brzydka linia, chodzi naturalnie i równomiernie.

OCENA OGÓLNA
9/10- punkt odejmuję za "mat". Moim zdaniem zdecydowanie lepiej pasowałaby nazwa "Royal Velvet Mat".

A Wy, znacie kosmetyki Pierre Rene? Ja po raz kolejny jestem pod wrażeniem i przyznam, że znalazłam kilka perełek, które bardzo chciałabym przetestować :)
Buziaki!

poniedziałek, czerwca 19

O tym, jak moja cera dostała drugie życie! | NaturalsPharm

O tym, jak moja cera dostała drugie życie! | NaturalsPharm
Witajcie, kochani!
W kwietniu skończyłam 20 lat. W mojej głowie zaczęły pojawiać się pytanie- kiedy moja skóra zacznie wiotczeć, kiedy pojawią się pierwsze zmarszczki, czy jestem już stara? Jednak szybko odpowiedziałam sobie na to pytanie- jeśli właśnie teraz odpowiednio zadbam o pielęgnację mojej cery, w przyszłości będę mogła patrzeć w lusterko z uśmiechem na twarzy. Przez moją łazienkę przez okres ostatnich kilku lat przewinęły się dziesiątki kremów na dzień, na noc, tych z kwasami, nawilżających, wyrównujących koloryt, redukujących przebarwienia i wiele, wiele innych. Za każdym razem, kiedy wydawało mi się, że w końcu znalazłam ten jeden, idealny zestaw- coś się psuło. A to skóra się za bardzo przyzwyczajała, to kiedy kupiłam kolejne opakowanie okazywało się, że formuła jest zupełnie inna, niż w tym poprzednim. Ostatecznie migrowałam między różnymi markami, kremami, w pewnym momencie zaczęło mnie to doprowadzać do szału. Wszystko, co udało mi się kupić, robiło efekt "wow" przez pierwszy tydzień, góra dwa stosowania. Później czar pryskał, a ja znowu nie wiedziałam, co robić.
W maju wybrałam się na konferencję dla blogerek urodowych Meet Beauty oraz targi Beauty Days, gdzie odwiedziłam stoisko Naturals Pharm. Przemiłe i totalnie pozytywne dziewczyny z ekipy firmy wręczyły mi paczkę pełną nowości do testowania, udało nam się też zamienić kilka słów- było naprawdę miło :) Kiedy wracałam do domu nie spodziewałam się, że w paczce-niespodziankę znajdę coś, co sprawi, że moja kosmetyczna dusza już zawsze będzie spokojna. Ale udało się! Znalazłam zestaw idealny, w końcu! Na dzień i na noc. Nareszcie osiągnęłam wewnętrzny pielęgnacyjny spokój. Jesteście ciekawi, za sprawą jakich produktów? Tym razem nie napiszę, że jeśli tak, to zostańcie ze mną. Tym razem po prostu musicie zostać i poznać coś, co dało mojej skórze drugie życie.


Zacznijmy od tego, jaki jest typ mojej cery. Gdybym miała określić go własnymi słowami, napisałabym po prostu- dziwny. Aczkolwiek chcę Wam nieco profesjonalniej przybliżyć siebie, więc powiem tak: mieszana ze skłonnością do wysuszania na policzkach i czole, a przetłuszczania się (ogromnego przetłuszczania się!) w strefie T. Ciężko, prawda? Prawdopodobnie dlatego tak trudno było mi znaleźć coś, co spełniłoby wszystkie wymagania mojej cery.
Kremy, których używałam wcześniej nadawało się albo do strefy przetłuszczającej się, albo tej, która się wysusza. Tym razem dzięki Naturals Pharm odkryłam coś, co daje mi wszystko, czego potrzebuję.



Marka Lab One jakiś czas temu pojawiła się na polskim rynku i od razu zdobyła rzeszę fanek. Dużo osób chwaliło te produkty, recenzowało je mówiąc, że w końcu w Polsce możemy dostać produkty z rzeczywistym stosunkiem jakości do ceny. I ja podpisuję się pod tym stwierdzeniem rękami i nogami. Trafiałam już na produkty, które kosztowały nawet 300/400zł, a sprawdzały się gorzej, niż pierwszy lepszy krem z rossmannowskiej półki. Na szczęście w przypadku Lab One rzeczywiście płacimy za jakość.
W mojej paczce znalazły się dwa produkty tej marki: intensywnie nawilżający krem na dzień oraz długotrwale i głęboko rewitalizujący krem na noc. Od razu byłam zadowolona z faktu, że to taki gotowy zestawik. Opowiem Wam teraz o każdym z nich bardzo dokładnie, ponieważ jest to jedna z recenzji, gdzie gdybym mogła, krzyknęłabym do Was: musicie to mieć!



Na pierwszy ogień pójdzie krem na dzień. Zanim poznacie moją opinię, zerknijmy na to, co obiecuje nam producent:

"N°1 Hydration Day to nowy wymiar w nawilżaniu skóry twarzy. Głęboko nawilżający krem na dzień zapewni odpowiedni poziom nawilżenia nawet bardzo przesuszonej skóry twarzy i szyi. N°1 Hydration Day dodatkowo regeneruje skórę, przez co staje się ona bardziej jędrna, elastyczna, widocznie gładsza i młodsza. Wyjątkowa formuła produktu zabezpiecza skórę przed niekorzystnym wpływem środowiska i wolnych rodników. Krem świetnie sprawdza się jako aktywna baza pod makijaż."

W skrócie, krem powinien: zapewniać totalne nawilżenie, poprawiać elastyczność skóry, łagodzić podrażnienia spowodowane przesuszaniem, wzmacniać barierę ochronną naszej skóry, zmniejszać utratę wody i zapewniać wysoką wchłanialność substancji aktywnych. Wydawałoby się, że to strasznie dużo zadań, jak dla jednego produktu, prawda? 

Krem zaczęłam stosować już następnego dnia po powrocie z Warszawy. Słońce przez te dni mocno podrażniło moją skórę, więc był to wręcz idealny moment na mocną dawkę nawilżenia. Już pierwsze użycie wywołało u mnie pozytywne emocje- skóra mięciutka jak tyłeczek niemowlęcia i to nie tylko do czasu, aż znowu nie umyję twarzy. Po około dwóch tygodniach stosowania zauważyłam wyraźną poprawę stanu mojej skóry. Koloryt wyrównał się, suche skórki, które dotychczas dość często pojawiały się na mojej twarzy zniknęły, a cera promieniała. Nie ukrywam, że byłam przeszczęśliwa widząc, jak w końcu coś tak świetnie na mnie działa. Skóra stała się sprężysta, miękka, ujednolicona i uspokojona. Ku mojemu zdziwieniu- dokładnie tak, jak obiecał mi producent. Wśród marek kosmetycznych rzadko zdarza się, że wszystko z "obietnic" sprawdza się w rzeczywistości. Jednak tutaj rzeczywiście tak jest.


Poruszając jeszcze kwestię tego, jak krem sprawdza się pod makijaż- jest naprawdę rewelacyjny. Nie roluje się, nie miesza się z podkładem, świetnie współgra z różnymi formułami i fantastycznie łączy się z produktami kremowymi. Nawet przy ciężkim podkładzie skóra wygląda promiennie i zdrowo, jestem zachwycona!

Skoro już wiecie, jak genialny jest krem na dzień, pora opowiedzieć Wam trochę o wersji na noc. Przyznaję, że od zawsze większą uwagę przykuwałam do pielęgnacji wieczornej. Być może dlatego, że przed spaniem mam po prostu trochę więcej czasu, niż rano. Nienawidziłam uczucia, kiedy kładłam się spać z miękką buźką, a rano znów widziałam te okropne suche skórki i strefę T wyglądającą, jakbym oblała się olejem. Po pozytywnym zaskoczeniu "kremem dziennym" z przyjemnością przed pójściem spać, uraczyłam swoją skórę wersją nocną... I przepadłam...



W tym przypadku również jako pierwsze przedstawię Wam słowa producenta:

"N°1 Hydration Night to wyjątkowa formuła gwarantująca skuteczne nawilżenie skóry twarzy, szyi i dekoltu. Głęboko i długotrwale nawilżający krem na noc zapewnia idealne nawilżenie nawet odwodnionej skóry. N°1 Hydration Night rewitalizuje skórę, sprawiając, że staje się ona gładka, zdrowa i widocznie młodsza. Wyjątkowa receptura produktu chroni skórę przed negatywnym wpływem środowiska i chroni przed działaniem wolnych rodników. Jeżeli skóra wymaga dogłębnej regeneracji przez cały dzień, krem można stosować również na dzień. Jego lekka konsystencja oraz szybka wchłanialność sprawiają, że dobrze sprawdza się także jako aktywna baza pod makijaż."

Znowu dużo obietnic i czarowania. Ale prawdziwego czarowania! Konsystencja kremu rzeczywiście jest bardzo lekka i przyjemna, pomimo tego że kremy na noc bardzo często niestety są ciężkie i tłuste oraz wchłaniają się w tempie ślimaka. Nigdy tego nie lubiłam, bo z jednej strony fajnie czuć, ze coś rzeczywiście jest treściwe i może pomóc naszej skórze, ale co jeśli po nałożeniu kremu szybko musiałam iść spać i większość tego, co wsmarowałam w swoją buzię zostawało na poduszce, a z wielkiej regeneracji nici? Na szczęście tutaj nie mam tego problemu, krem pomimo sytego składu, wchłania się bardzo szybko i nie pozostawia tłustego filmu na skórze. Niby drobnostka, a dla mnie ogromny plus, zaoszczędza to naprawdę dużo czasu na czekaniu, aż produkt wejdzie w naszą cerę. Pierwsze efekty zauważyłam po niespełna dwóch tygodniach stosowania. Były one poważnie mocno widoczne, ponieważ zauważyłam je nie tylko ja. Moja mama i chłopak jako pierwsi zapytali, czy zrobiłam coś nowego z twarzą. Uznałam to za ogromny komplement, moim zdaniem o wiele lepiej usłyszeć coś takiego od kogoś innego, niż każdego dnia spoglądać w lusterko z nadzieją na wyczekiwane efekty. Moja skóra całkowicie się ujednoliciła, przebarwienia praktycznie zniknęły.



Podsumowując działanie kremów!
Jestem w stanie powiedzieć, że dzięki tym dwóm produktom moja skóra z niesamowicie trudnej, stała się normalna. Strefa T nie przetłuszcza się już tak mocno- prawdopodobnie dlatego, że w końcu otrzymała odpowiednią dawkę nawilżenia; suche skórki poszły precz, a koloryt jest równiutki, jak od linijki. Wspomnę o jeszcze jednej ważnej kwestii- generalnie nigdy nie miałam problemu z trądzikiem, czy zaskórnikami, ale jednak zawsze pojawiały się jakieś nieprzyjacielskie pojedyncze okazy, szczególnie wtedy, kiedy zbliżały się te kobiece dni. Mimo że kremy nie mają za zadanie niwelowania niedoskonałości zauważyłam, że pojawiają się zdecydowanie rzadziej i w znacznie mniejszej ilości. 



A! Jeszcze jedno! Kremy są nieziemsko wydajne- miesiąc stosowania, a widzicie, jak małe jest zużycie? Dodam, że nie oszczędzam w ilości nakładanej na buzię! 

Kończąc, mogę powiedzieć Wam tylko tyle, że są to produkty najbardziej warte swojej ceny, jakie znam! Produkty do najtańszych nie należą, ponieważ jeden krem kosztuje blisko 400zł, ale ze swojej strony mogę Wam zagwarantować, że będzie to najlepsza inwestycja w samą siebie. Jestem zdania, że w kwestii naturalnego piękna nie powinnyśmy oszczędzać- naprawdę, lepiej na takie produkty odłożyć troszkę dłużej i cieszyć się totalnie boskim działaniem, niż wydać te same pieniądze na dziesięć kremów w drogerii! :)

Kochani, co sądzicie o tych produktach? Mam nadzieję, że udało mi się nieco przybliżyć Wam ich fenomen. 
Jeśli moja recenzja sprawiła, że pokochałyście je od pierwszego wejrzenia tak, jak ja, to pamiętajcie, że możecie kupić je na stronie Naturals Pharm.
Buziaki!
Copyright © 2016 killukitty , Blogger