poniedziałek, stycznia 15

Ulubieńcy roku 2017: KOLORÓWKA | Huda Beauty, Mac, Eveline, Makeup Geek, Golden Rose, Pierre Rene, Jeffree Star

Ulubieńcy roku 2017: KOLORÓWKA | Huda Beauty, Mac, Eveline, Makeup Geek, Golden Rose, Pierre Rene, Jeffree Star
Dzień dobry, dzień dobry!
Każda z nas ma swoje ulubione kosmetyki. Takie, po które sięgamy za każdym razem, kiedy chcemy być pewne swojego makijażu. Czasami wśród sklepowych półek znajdujemy perełki, które zostają z nami na długie miesiące, a nawet lata. W dzisiejszym poście chcę pokazać Wam kosmetyki kolorowe, które w ubiegłym roku totalnie skradły moje serce! Postanowiłam wybrać po jednym lub dwóch produktach z kategorii: baza, podkład, korektor, bronzer, rozświetlacz, puder, paleta cieni, brwi, rzęsy, eyeliner oraz pomadka. Postawiłam na kosmetyki, których jestem pewna na 100% w każdej sytuacji.



PODKŁAD
Ciężko znaleźć podkład idealny. Dobre krycie, trwałość, przyjemna konsystencja, żeby nie zapychał, miał dobry skład... W ubiegłym roku przetestowałam furę podkładów. Dziś wybrałam te, które sprawdzają mi się w każdej sytuacji.

EVELINE LIQUID CONTROL HD- podkład drogeryjny za około 30zł. Bardzo płynny, w szklanym opakowaniu z pipetką. Z początku nie pokładałam w nim wielkich nadziei, jednak po kilku użyciach przepadłam! Podkład ma piękne odcienie, nie ciemnieje, długo utrzymuje się na skórze, kryje wszystkie niedoskonałości, nie wchodzi w pory ani suche skórki, ma matowe, a jednocześnie bardzo naturalne wykończenie. Jestem w nim szczerze zakochana! Dostępny w każdej drogerii, a porównywalny do kosmetyków z najwyższej półki. Niedługo na pewno kupię kolejne opakowanie. Dziewczyny, naprawdę warto sprawdzić!

MAC STUDIO FIX- wyższa półka cenowa, produkt za około 120zł. Szeroka gama kolorystyczna, w szklanym opakowaniu- jedyny minus- niestety bez pompki ani żadnego aplikatora. Jest to jednak moja kolejna miłość. Odcień NW20 jest identyczny, jak kolor mojej skóry. Podkład pięknie kryje wszystkie niedoskonałości, ujednolica cerę, daje satynowe i bardzo naturalne wykończenie oraz fantastycznie wygląda na zdjęciach. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym nie mieć go w swojej toaletce. Jego trwałość to prawdziwy szok, na mojej twarzy trzyma się w kompletnie nienaruszonym stanie do momentu, kiedy go nie zmyję i niezależnie od tego, jak długo mam go na sobie.




BAZA I PUDER
Jeszcze rok temu priorytetem było dla mnie to, żeby moja skóra w makijażu była kompletnie matowa. W ubiegłym roku zdecydowanie się to zmieniło. Przez większość roku uwielbiałam efekt rozświetlonej cery. Zrezygnowałam również z mocno matujących pudrów. 

MAC STROBE CREAM- teoretycznie nie baza, a krem. Mocno rozświetlający, niemalże dający efekt płynnego rozświetlacza. Mój ulubiony odcień to silverlite- kolor chłodny, prawie srebrny. Na zdjęciu wyżej możecie zobaczyć, jak piękny efekt daje. Czasami zdarza się, że baza, która powinna ładnie rozświetlać naszą skórę- daje efekt "tłustej" cery. W przypadku Maca efekt jest spektakularny. Twarz promienieje i wygląda na wypoczętą. Pięknie współgra z większością podkładów, a dodatkowo nawilża skórę. Jest to zdecydowanie mój numer jeden, bezkonkurencyjnie. Kosztuje około 150zł, więc niemało, jednak moim zdaniem jest warta każdej wydanej na nią złotówki.

PUDER SYPKI MAC PREP + PRIME- od jakiegoś czasu w ogóle nie używam pudrów w kamieniu. Zdecydowanie lepiej sprawdzają się u mnie pudry sypkie, są również przyjemniejsze w aplikacji. Puder z Maca odkryłam co prawda stosunkowo niedawno, jednak już po około miesiącu stosowania wskoczył na podium. Daje jedwabiste i naturalne wykończenie- jednocześnie matując to, co trzeba. Jest bardzo drobno zmielony, wręcz całkowicie. Pod oczami wygląda fenomenalnie! Daje efekt bluru, wygładza wszystkie załamania i zmarszczki. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nie miałam w rękach tak dobrego pudru. Kosztuje około 110zł za 8g. Nie jest to mało, jednak puder jest bardzo wydajny. Warto sprawdzić, szczególnie, jeśli lubicie efekt wygładzonej i zdrowej skóry.





KOREKTOR
Podzieliłam korektory na dwie kategorie- ten dobry na niedoskonałości i dobry pod oczy. W tym roku znalazłam dwóch niezastąpionych ulubieńców. Oba zostają ze mną na zawsze!

CATRICE LIQUID CAMOUFLAGE- znany i lubiany. Niedrogi i niezawodny. U mnie również. To ten "na niedoskonałości". Pięknie je zakrywa, jest bardzo trwały, ma odpowiedni kolor i fenomenalne krycie, a kosztuje niecałe 20zł. Jest ze mną już drugi rok i zdecydowanie nie zamieniłabym go na żaden inny. Jeśli jeszcze go nie znacie, to zdecydowanie najwyższa pora to zrobić!

NYX HD STUDIO PHOTOGENIC- wow, wow, wow. Dawno nie trafiłam na kosmetyk, który zrobiłby pod moimi oczami takie cuda. Zakrywa wszystkie cienie i przebarwieniaz, dodatkowo wygładza, rozświetla i pięknie odbija światło. Utrzymuje się bez zarzutu do momentu demakijażu, nie kłóci się z pudrami i po czasie nie wchodzi w załamania. Jest też bardzo wydajny i niedrogi- jego koszt to niecałe 40zł.





BRONZER
Bronzer to dla mnie jeden z ważniejszych elementów makijażu. Nie może być ani za ciepły, ani za zimny. Musi ładnie się blendować i nie być zbyt mocno napigmentowany. W tym roku znalazłam aż dwie takie perełki.

PIERRE RENE POWDER CONTOURING- z całej paletki używam tylko pudru o nazwie "contouring". Jestem zakochana po uszy. Ma idealny kolor, fantastyczną konsystencję, pięknie się blenduje i badzo dobrze utrzymuje. Nie ma przy nim żadnego problemu z plamami, rozcieraniem czy zbyt ciepłym efektem. Cała paletka kosztuje około 40zł, ale naprawdę warto ją kupić nawet ze względu na ten jeden puder. Jet bezkonkurencyjny, jeśli chodzi o tę półkę cenową. Z pewnością kupię kolejne opakowania- dawno moja twarz nie była tak ładnie wykonturowana!

MAKEUP GEEK W ODCIENIU "TAWNY"- nieco ciemniejszy i cieplejszy od Pierre Rene. Mocniej napigmentowany. Mimo wszystko wciąż cudowny- bez problemu można nabrać niewielką ilość, rozciera się cudownie i daje piękny efekt. Używam go głównie na wieczorne wyjścia. Nie ma w sobie żadnych drobinek, jest całkowicie matowy. Kosztuje około 100zł, ale jest wart swojej ceny. Jedyne, co mnie dziwi- w opakowaniu wygląda na bardzo ciepły i bardzo ciemny, ale na szczęście w rzeczywistości tak nie jest.





ROZŚWIETLACZ
Moja zdecydowanie ulubiona część makijażu. Jestem totalną sroką, dlaczego błysk jest dla mnie czymś wyjątkowo ważnym, o ile nie najważniejszym. Uwierzcie, że bardzo ciężko było mi wybrać tylko dwóch ulubieńców, ale w końcu znalazłam tych, którzy są dla mnie niezawodni.

JEFFREE STAR W ODCIENIU "ICE COLD"- uwielbiam go! Dotknęłam już w nim dna, co również o czymś świadczy. Daje nieziemską taflę, błyszczy się na kilometr i jest trwały. Odcień, którego używam jest dość zimny, jednak bardzo lubię taki efekt. Przyznaję szczerze, że zdarzyło mi się dostać na ulicy pytanie, jaki mam na sobie rozświetlacz, kiedy był to Jeffree. Jego cena to około 150zł. Jest ogromny, więc moim zdaniem cena jest bardzo dobra. Jest to jeden z tych rozświetlaczy, które wymieniłabym w ulubieńcach "całego mojego życia".

PALETA SAM MARCEL BEAUTY "THAT GLOW GLOW"- zdecydowanie moja paleta roku! W eleganckim opakowaniu znajdziemy sześć rozświetlaczy w różnych kolorach. Są odcienie zarówno ciepłe jak i zimne. Odcienie złota, szampana, brązu i różu, po prostu coś pięknego. Na skórze wyglądają niesamowicie! Nie mają w sobie drobinek, są idealną gładką taflą. Wystarczy naprawdę malutka ilość, żeby świecić jak gwiazda :) Nakładane na mokro robią nieziemską robotę. Paleta kosztuje około 170zł za sześć rozświetlaczy, więc stosunkowo niewiele, a efekt wow mamy gwarantowany. Jeżeli tak jak ja lubicie błyskotki, to koniecznie zwróćcie na nią uwagę.



BRWI
Nie wyobrażam sobie makijażu bez podkreślonych brwi. Moje są bardzo ciemne i nie wyglądają zbyt ciekawie "bez niczego". Zastanawiałam się między dwoma pomadami- Anastasia Beverly Hills miała pojawić się tutaj bezapelacyjnie, jednak przypomniałam sobie o...

WIBO BROW POMADE- totalnie zawładnęła moim sercem. Rossmann, koszt około 30zł. Jednak jak dla mnie nie ma porównania ze sławnymi Inglotami, czy ABH. Owszem, Anastasię kocham miłością szczerą i prawdziwą, ale cenowo? Wibo jest identyczna jak ABH, a kosztuje trzy razy mniej. Mój kolor to dark brown- idealnie w odcieniu moich włosków. Pomada ma świetną konsystencję- mam ją mniej więcej od kwietnia, a ani razu nie musiałam naprawiać jej duralinem, czy innymi specyfikami. Na brwiach zastyga dając nieprzesadzony efekt, długo się utrzymuje i można stopniować jej efekt. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że na polskim rynku jest bezkonkurencyjna.

ŻEL DO BRWI ZOEVA GRAPHIC BROW GEL- wygrał wszystko. Żeli do brwi w tym roku miałam sporo. Różne szczoteczki, różne odcienie i efekty. Jednak ten z Zoevy jest dla mnie numerem jeden. Odcień Bistre jest wprost stworzony do moich brwi. Nie skleja ich, ładnie rozdziela włoski, utrzymuje je w nienaruszonym stanie przez cały dzień. Nadaje lekki kolor, co bardzo mi się podoba. Kosztuje około 50zł i jest bardzo wydajny- mój ma około pół roku i nie zapowiada się na to, żeby w najbliższym czasie się skończył.



RZĘSY I EYELINER
Dwie bardzo ważne sprawy. Każda z nas lubi mieć podkreślone rzęsy, a tak samo dużo lubi kreskę, czy to z ogonkiem, czy bez. W tym roku poznałam dwa produkty, których w najbliższym czasie nie mam zamiaru zamienić na nic innego.

TUSZ DO RZĘS DOLL10 BEAUTY EFFORT LASH- jeśli śledzicie moje instastory to wiecie, że do czynienia z tym tuszem mam od niedawna. Mimo to odkąd się maluję nie trafiłam na nic tak dobrego. Mascara Doll10 robi z moimi rzęsami prawdziwe cuda. Wydłuża do granic możliwości, pogrubia i fantastycznie rozdziela. Rzęsy po jej użyciu wyglądają jak sztuczne- w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Moje sięgają praktycznie pod same brwi, mimo że moje naturalne rzęsy nie należą do najdłuższych na świecie. Tusz nie kruszy się, nie rozmazuje i po kilku godzinach nie robi pandy pod oczami. Trzyma się bez zarzutu aż do demakijażu. Jego cena to około 80zł, czyli znacznie więcej niż w drogerii, jednak mimo to warto. Długa i gruba silikonowa szczoteczka z setkami włosków, które pięknie wyczesują i rozdzielają to zdecydowanie coś, czego szukałam!

EYELINER STILA STAY ALL DAY- wychwalany na zagranicznym YouTube. Yen kosmetyk również nie był ze mną przez cały ubiegły rok. Aczkolwiek w swojej "karierze" makijażowej nie spotkałam się jeszcze z tak fenomenalnym eyelinerem. Aplikator jest cieniutki jak nitka i niesamowicie precyzyjny. Sam produkt jest w 100% czarny, zasycha na mat. Nie trzeba poprawiać kreski- pierwsze pociągnięcie jest ostatnim, kreska od razu jest intensywna i równa. Jeszcze nigdy nie malowało mi się kresek tak łatwo, naprawdę. Aplikator jest mięciutki, w żaden sposób nie drażni powieki. Kreska utrzymuje się perfekcyjnie przez cały dzień. Eyeliner nie kruszy się i nie blaknie w ciągu dnia. Kosztuje ponad 100zł, ale to prawdziwe cudeńko!







PALETA CIENI
Oj, ciężko było mi wybrać tylko dwie :) Nie ukrywam, że palety cieni do powiek to moja mała słabość. Wybrałam jednak takie, które zabiorę ze sobą na wyjazdy, czyli takie, którymi mogę wykonać zarówno dzienne jak i wieczorowe makijaże.

SAM MARCEL BEAUTY LES DEBUT NEUTRAL- cudo! Jak widzicie na zdjęciu- jeden błyszczący cień już prawie zużyłam i chyba umrę bez niego. Paleta ma przepiękne ciepłe kolory, zarówno matowe, satynowe, jak i metaliczne. Blendują się praktycznie same. Kilka ruchów pędzlem i mam na powiece piękną chmurkę koloru. Można z łatwością budować intensywność nie robiąc przy tym żadnych plam. Dodatkowo paleta a przepiękne i eleganckie złote opakowanie- można nacieszyć oko. Formuła cieni Sam Marcel totalnie podbiła moje serce. Cienie są miękkie, lekko kremowe i bardzo mocno napigmentowane. Paleta kosztuje około 160zł, czyli całkiem przyzwoicie. Chętnie zobaczyłabym jeszcze inne odcienie tej marki, jednak póki co jest to ich jedyna paletka. Polecam ją Wam bardzo, bardzo!

HUDA BEAUTY OBSESSIONS "WARM BROWN"- nie mogło zabraknąć tutaj Hudy. Co prawda jeszcze nie doczekałam się dużej palety, ale przyznaję, że odkąd używam tego maleństwa trochę o niej zapomniałam. Te cienie to prawdziwe mistrzostwo świata! Nie dziwię się, że cały świat wariuj na punkcie tej marki- ja tak samo! Cienie mają konsystencję, której nie jestem w stanie porównać do żadnych innych palet. Są niesamowite. Pięknie napigmentowane, blendują się banalnie łatwo, są wybitnie trwałe i mają cudowne kolory. Jestem absolutnie zakochana i już wiem, że chcę znacznie więcej Hudy w mojej kolekcji! Dodatkowo paleta jest malutka- zmieści się nawet do "torebkowej" kosmetyczki. Jej cena wynosi 140zł za 9 cieni. Ale warto i to bardzo!





POMADKA
Kolejna kategoria, w której czuję się jak ryba w wodzie. Uwielbiam mieć pomalowane usta! Nie byłabym w stanie wybrać tylko dwóch konkretnych pomadek, więc wybrałam dwie ulubione marki, jak dla mnie zdecydowane numery jeden.

GOLDEN ROSE LONGSTAY LIQUID LIPSTICK- no kocham. Mam już sporo kolorów w swojej kolekcji, ale chciałabym mieć wszystkie. Dosłownie. Te pomadki to ogromny numer jeden na polskim rynku. Są trwałe, nie wysuszają ust, łatwo się je nakłada, mają cudowne odcienie, nie podkreślają suchych skórek, nie czuć ich na ustach- mogłabym tak wymieniać i wymieniać. Nawet aplikatory są unikatowe! Jestem im wierna znacznie dłużej niż od roku i już kolejny raz są moimi ulubionymi. W dodatky kosztują 20zł. Szok! Czasami za 100zł ciężko trafić na taką jakość. W tym roku planuję zgromadzić każdy odcień, jaki istnieje!

MAKEUP GEEK SHOWSTOPPER CREME STAIN- jeszcze lżejsze od Golden Rose. Pomadki nałożone na usta są absolutnie niewyczuwalne. Działają trochę na zasadzie tintu, barwią usta, ale w bardzo subtelny i ładny sposób. Kosztują około 50/60zł, więc dużo więcej niż GR, jednak odkąd je mam- nie wyobrażam sobie nie mieć ich w swojej kosmetyczce. Polecam Wam zwrócić na nie uwagę, bo prawdopodobnie będziecie mile zaskoczone :)


Ufff, to już cała kolorówka roku. A jacy są Wasi ulubieńcy?


wtorek, stycznia 9

Podsumowanie 2017

Podsumowanie 2017
Hej, hej!
Aż ciężko się przyzwyczaić, że rok 2017 mamy już za nami! Szczerze mówiąc- minął mi naprawdę bardzo szybko. Ale choć zleciał mi z prędkością światła, to przyniósł mi bardzo wiele. Bardzo dużo zmieniło się u mnie jeśli chodzi o moje umiejętności makijażowe- przygotowując zdjęcia do tego postu spojrzałam na siebie ze stycznia i siebie z grudnia, widzę sporą różnicę! Jestem z siebie dumna, że przez zaledwie 12 miesięcy udało mi się aż tyle nauczyć, w dodatku bez niczyjej pomocy.


Makijaż

Na zdjęciu wyżej- po lewej stronie styczeń- po prawej końcówka roku. Z ręką na sercu przyznaję otwarcie, że jestem z siebie dumna! Widzę ogromny postęp w tym, co nauczyłam się "robić pędzlem". Podszkoliłam się również w obróbce zdjęć- potrafię odpowiednio dobrać światło, ustawić kadr i użyć opcji, które uwydatniają najważniejsze detale w makijażu. Oczywiście moja kolekcja kosmetyków na przestrzeni ostatnich miesięcy znacznie się powiększyła, co również pozwoliło mi na więcej, ale nie uważam tego za główny powód swojego postępu. Wiem, że wiele osób ma problem z docenieniem siebie i sama doskonale wiem, jak to jest, jednak w kwestii make up'u zdecydowanie mam zamiar głośno pochwalić samą siebie! Mam nadzieję, że 2018 przyniesie mi jeszcze więcej możliwości i otworzy kolejne drzwi w świecie beauty. Oby był jeszcze lepszy!


Kreatywność

W ubiegłym roku w okresie halloween'owym z podziwem przyglądałam się dziewczynom, które potrafią przygotować prawdziwą charakteryzację. Poprzednie dwa lata spędziłam na mówieniu sobie z góry "w co ja się pcham, przecież nigdy nie będę umiała zrobić nawet sztucznej blizny...". W tym roku postanowiłam inaczej. Stworzyłam swoje pierwsze "straszne" charakteryzacje. Oczywiście! Nie jest to nic porywającego, na przestrzeni instagramowych twórców ginę gdzieś na końcu tłumu, jednak i tak kolejny raz jestem z siebie dumna. W moich zasobach nie ma jeszcze żadnych farb, sztucznych ran, krwi etc., więc działałam tylko tym, co miałam, dlatego właśnie jeszcze bardziej się cieszę. Nauczyłam się być bardziej kreatywną. Wbrew pozorom to nie takie proste usiąść przed lusterkiem i stworzyć coś z niczego. Jeszcze nigdy nie zasiadałam do toaletki z gotowym planem na makijaż, wszystko dzieje się spontanicznie. I właśnie z tego powodu jestem zadowolona, cieszę się, że rozwinęłam swoją wyobraźnię i poszerzyłam myślenie- oby jeszcze bardziej!


Szacunek do siebie jako blogerki

Kiedyś każda propozycja współpracy była dla mnie wielkim wyróżnieniem i "o, Jezu!", jeśli wiecie, co mam na myśli. Wydawało mi się (cholera wie, dlaczego), że odmowa jest niegrzeczna i że tak po prostu nie wypada. Zgadzałam się na większość warunków proponowanych mi z góry i często nie przeliczałam odpowiednio ilości pracy na to, co dostawałam w zamian. Wolałam zgodzić się na to, co jest i nie wybrzydzać, bo przecież to nieładnie- ktoś proponuje mi coś od siebie, a ja jeszcze mam jakieś ale? W tym roku dotarło do mnie, że to totalnie bez sensu. Przestałam korzystać z aplikacji do zarabiania pieniędzy na zdjęciach- z biegiem czasu jest dla mnie wręcz upokarzające, że obok makijażu, nad którym starałam się kilka godzin wrzucałam zdjęcie sera. Uświadomiłam sobie, że nie będę pracować za szampon czy żel pod prysznic. Nie będę zgadzać się na wszystko, co jest mi proponowane, ani nie będę słupem reklamowym. Nauczyłam się również sztuki negocjacji. Wbrew pozorom to nie takie trudne i czasami z cholernie słabej propozycji rodzi się coś naprawdę fajnego. Ten rok nauczył mnie, że bloger nie jest bilboard'em ani tablicą ogłoszeń. Nie wszystko wygląda dobrze, szczególnie, jeśli nie jest przeliczalne na mój wkład w daną współpracę. Od dłuższego czasu wszystko na moich kanałach social media jest szczerze i w pełni moje. Współpracuję tylko z firmami, które szanuję, które mają mi do zaoferowania coś, co pozytywnie wpływa na mój rozwój i co z przyjemnością pokazuję Wam. Zaczęłam szanować siebie i swoją pracę- tak, blogowanie to praca i zacznijmy o tym mówić głośno. 

Rozwój

Patrząc na siebie z 2016 i siebie z 2017 wydaje mi się, że dość mocno się rozwinęłam. Zarówno w blogowaniu, jak i w życiu. Stałam się bardziej pewna siebie i nauczyłam się mówić nie, jeśli czuję taką potrzebę. Miniony rok oprócz rzeczy dobrych, przyniósł mi też sporo rozczarowań, z którymi udało mi się poradzić. Do rozwoju mogę zaliczyć również to, że zauważyły mnie firmy, o których rok temu mogłam sobie tylko pomarzyć. Marki takie jak House of Lashes, Makeup Geek czy Mac uznawałam zawsze za takie, które są poza moim zasięgiem. A jednak- zauważyły mnie i jest to dla mnie ogromnym wyróżnieniem i dowodem na to, że to, co tworzę w internecie ma sens. Mocno poszerzyłam swoje horyzonty i zrozumiałam, że ciężka praca nad sobą naprawdę prowadzi do sukcesu. W tym roku mam zamiar rozwijać się jeszcze bardziej i nie stać w miejscu. Trzymajcie kciuki!


Tak, w tym roku na moim ciele pojawił się również pierwszy tatuaż. Może to drobnostka, jednak dla mnie akt ogromnej odwagi, zbierałam się do tego ponad dwa lata i w 2017 w końcu zebrałam się w sobie i wybrałam się do studia. Mega się nim jaram! :)

Spotkania blogerskie

W 2017 roku uczestniczyłam tylko w dwóch dużych spotkaniach blogerskich i uważam, że była to dobra decyzja. Skupiłam się na poznaniu nowych osób, ważnych osób. Odwiedziłam ukochaną Gdynię i Warszawę- naprawdę, kocham te miejsca! Pojawiłam się na Meet Beauty w Warszawie oraz See Bloggers w Gdyni. Nikt nie zapłacił mi za to, że tam byłam, wszystko zorganizowałam sama i wycisnęłam ze szkoleń i wykładów 100%! Z tych miejsc zawsze wracam z ogromną dawką nowej wiedzy i motywacji. Nie macie pojęcia, jak takie akcje wpływają na chęć rozwijania siebie i swojej pasji. Kopa do działania mam na dobre kilka miesięcy po powrocie! Mam nadzieję, że w tym roku uda mi się zobaczyć więcej i poznać kolejne świetne osoby, które pozytywnie namieszają w moim życiu!


Z czego nie do końca jestem zadowolona?

Oczywiście jestem zwykłym człowiekiem i nie wszystko w tym roku było udane i jak z bajki. Zdecydowanie za mało podróżowałam, kocham podróże, a 2017 przyniósł mi ich zdecydowanie za mało. W tym roku chciałabym zwiedzić i zobaczyć dużo więcej, mam wielką nadzieję, że mi się to uda. Nie pochodzę z rodziny arabskich szejków, więc nie stać mnie na comiesięczny wyjazd do ciepłych krajów, więc na wszystko muszę zapracować sama i trzymam za siebie mocno kciuki, żeby mi się to udało. Marzy mi się wyjazd do Paryża, do Londynu, nie wspominając o USA, czy jakiejś cieplutkiej wyspie. Ale komu się to nie marzy?

A jak minął Wasz 2017 rok? Jesteście z niego zadowoleni, czy raczej mogliście zrobić więcej?

wtorek, grudnia 12

Pachnący pomysł na prezent świąteczny

Pachnący pomysł na prezent świąteczny
Dzień dobry, kochani!
Święta już za pasem, więc czas pomyśleć o prezentach, prawda? W końcu zawsze chcemy, żeby Mikołaj dotarł do naszych bliskich na czas i przede wszystkim, żeby był trafiony- chyba nikt nie lubi zrobić komuś "nietrafionego prezentu" :) Ilość zapytań Google "Co kupić mamie, tacie, dziewczynie, babci..." rośnie w roku na rok. Dlatego dobrze jest trafić na coś, co będzie trafione na 100%. Osobiście od jakiegoś czasu stawiam na prezenty, które są jednocześnie eleganckie, praktycznie i oryginalne. Dziś pokażę Wam coś, co absolutnie skradło moje serce i spodoba się zarówno młodej, jak i starszej kobiecie.



Messh Jewelry to polska marka produkująca pachnącą biżuterię. Brzmi ciekawie, prawda? Na zdjęciach wyżej możecie zobaczyć jedną z rzeczy, która urzekła mnie jako pierwsza- opakowanie. Biżuteria pakowana jest w ozdobną drewnianą szkatułkę, z dodatkiem uroczego futerka i malutkich, błyszczących gwiazdek- krótko mówiąc- otrzymujemy gotowy prezent :) Wygląda to tysiąc razy lepiej, niż zwykła torebka prezentowa.

Na czym polega fenomen pachnącej biżuterii?
Wisiorek jest otwierany i zamykany na magnes. Oprócz biżuterii możemy kupić kuleczki zapachowe odpowiadające kultowym zapachom- ja wybrałam YSL "Black Opium" oraz Armani "Si". Cała zabawa polega na tym, że zapachowe kulki umieszczamy w środku wisiorka- co sprawia, że unosi się z niego nasz ulubiony zapach. Pomysł, jak dla mnie- coś niesamowitego. Oczywiście, jeśli nie mamy ochoty, możemy nosić wisiorek bez kuleczek w środku- wybór w pełni należy do nas.



Zanim wróciłam do Was z wpisem na bloga, nosiłam wisiorek jakiś czas, żeby sprawdzić, czy zapach rzeczywiście jest trwały i wyczuwalny, kiedy mamy biżuterię na sobie. I o dziwo- działa! Zapach przenika w ubranie, które aktualnie mamy na sobie i szczerze przyznaję, że jest "na nas" dość intensywnie wyczuwalny. Jest to dla mnie bardzo oryginalne rozwiązanie- z wisiorkiem na pewno długo się nie rozstanę. Najbardziej polubiłam zapach YSL. Do środka wisiorka wkładam około 5/6 kuleczek- taka ilość w zupełności wystarcza, żeby pięknie pachnieć :) Sam łańcuszek, na którym zawieszony jest wisiorek jest bardzo długi- nie jest to typowy łańcuszek "pod szyję". Wygląda pięknie, zwłaszcza do jednolitych, ciemnych ubrań.



Listek, który wybrałam prezentuje się naprawdę bardzo elegancko i kobieco. Uważam, że będzie dobrze wyglądał u kobiet w różnej kategorii wiekowej.

Podsumowując?
Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona, zarówno pomysłem, wykonaniem, jak i trwałością biżuterii oraz kuleczek. W wisiorku jestem absolutnie zakochana- jak wspominałam, na pewno długo się z nim nie rozstanę. Sposób pakowania Messh również zachęca do świątecznych zakupów- w końcu kto nie ucieszyłby się z tak pięknie zapakowanego i pachnącego prezentu?

Kochani! Jako, że Święta tuż tuż i wiele z Was buszuje już w internecie, w poszukiwaniu podarków, mam dla Was kod rabatowy na zakupy w Messh! Na hasło "KITTYXMESSH" otrzymacie 10% rabatu na pachnącą biżuterię :) Kod ważny jest do 24. grudnia.

I jak, co myślicie o tego typu rozwiązaniach? A może znacie już markę Messh? Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach!
Buziaki!

wtorek, listopada 28

Pielęgnacja cery w trzech krokach | Hello Body

Pielęgnacja cery w trzech krokach | Hello Body
Dzień dobry, kochani! Jak tam Wasze samopoczucie? U mnie dzisiaj naprawdę dobrze, pomimo okropnej pogody za oknem. Nie wiem, jak u Was, ale u mnie jesienią pielęgnacja staje się bardzo, ale to bardzo ważna. Moja cera zaczyna lekko się przesuszać, traci blask i często mam uczucie, że nie jest do końca oczyszczona- nawet, jeśli jest. Od kilku tygodni sprawdzam działanie produktów Hello Body, czyli stosunkowo nowej na polskim rynku marki, która oferuje produkty naturalne, wegańskie i nietestowane na zwierzętach. W składach kosmetyków możemy znaleźć dobroci takie jak kokos, kawa, masło Shea i Cupuacu. 



A! Jeszcze jedna sprawa, zanim przejdziemy do działania- jestem absolutnie zakochana w opakowaniach! Biel z domieszką pastelowych odcieni to taka "ja w tubce", coś pięknego! W moje łapki wpadły trzy produkty- maseczka Coco Clear Mud Detox, peeling Coco Pure Face Scrub oraz oczyszczająca pianka Coco Fresh Detox Face Foam. Z maseczką miałam do czynienia już wcześniej, a pozostałe dwa kosmetyki były dla mnie nowością. Nie ukrywam jednak, że mam lekkiego bzika na punkcie pielęgnacji cery, więc z przyjemnością zaczęłam testowanie już tego samego dnia, kiedy rozpakowałam przesyłkę. Opowiem Wam po kolei o właściwościach, działaniu i efektach, jakie zobaczyłam u siebie. Na pierwszy ogień pójdzie maseczka, czyli mój totalny ulubieniec!



Jak widzicie na zdjęciach- maseczka znajduje się w małym, uroczym opakowaniu, a jej kolor jest praktycznie czarny. Pojemność maski to 50ml, co według mnie starczy na około 10-15 użyć- w zależności od tego, jak grubą warstwę mamy ochotę nałożyć. Maseczka oczyszcza naszą skórę i usuwa toksyny. Jednym z jej głównych składników jest glinka Heilmoor- wydobywana w austriackim regionie Heilmoor Reichenau. Ma również za zadanie zapobiegać powstawaniu wyprysków i utrzymać naszą skórę miękką i nawilżoną. Co do zapachu- niestety nie jestem w stanie Wam go opisać, ale jest to zdecydowanie jeden z najprzyjemniejszych zapachów kosmetyku, z jakim kiedykolwiek miałam do czynienia. Przyznaję się bez bicia, że zdarzyło mi się wziąć do ręki maseczkę tylko po to, żeby ją powąchać ;) Jest to moje drugie opakowanie tego produktu, więc mogę się o nim wypowiedzieć ze sporym doświadczeniem. Testowałam w życiu naprawdę dziesiątki maseczek- uwielbiam nakładać je na twarz i od około dwóch lat robię to regularnie. Miałam styczność z różnymi markami, różnym działaniem i różnymi półkami cenowymi. Podczas oceny, zawsze staram się połączyć wszystkie te podpunkty tak, żeby znaleźć kosmetyk idealny.



Jakie efekty maseczka wyczarowała u mnie? Maskę stosuję regularnie dwa razy w tygodniu. Nakładam na twarz grubą warstwą, w szczególności skupiając się na strefie T- tam, gdzie moja cera się przetłuszcza. Trzymam około 20 minut, po czym zmywam ręcznikiem nasączonym ciepłą wodą. Efekty, jakie zauważyłam po około pierwszych dwóch użyciach, to uczucie "czystej" skóry, które jest przeze mnie niesamowicie pożądane. Skóra jest miękka, nawilżona i świetnie przyjmuje dalsze kroki pielęgnacji. Po dłuższym stosowaniu zauważyłam efekt antytrądzikowy- mam na twarzy kilka miejsc, w których regularnie pojawiają się wypryski- na chwilę obecną mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jest ich o wiele mniej. Maska Hello Body aktualnie znajduje się w czołówce moich ulubionych masek. Pokochałam ją za zapach, konsystencję- bo przecież w pielęgnacji istotna jest również przyjemność z używania-, działanie i widoczne efekty przy regularnym stosowaniu. 
Koszt maseczki to 119,90zł, co może wydawać się sporym wydatkiem, jednak kiedy przeliczymy cenę na ilość użyć- moim zdaniem wychodzi bardzo korzystnie.



Drugi produkt, który Wam dzisiaj przedstawię to kawowy peeling do twarzy. Kawa w kosmetykach to miłość, dlatego ten produkt padł ofiarą testowania równie szybko, co maseczka. Peeling ma za zadanie oczyszczać naszą skórę i pozostawiać ją pełną blasku. Usuwa resztki makijażu i odblokowuje pory. Nadaje się do każdego typu skóry. Jego pojemność to 100ml, co według mnie jest pojemnością idealną, jeśli chodzi o produkty do twarzy- ani za dużo, ani za mało :)


Jak się u mnie sprawdził? Peeling twarzy wykonuję raz, czasami dwa razy w tygodniu. Nakładam go na zwilżoną skórę, po czym przez około 2-3 minuty wmasowuję go w skórę okrężnymi ruchami. Następnie zmywam ciepłą wodą i zajmuję się dalszą pielęgnacją. Nie należę do osób, które "trą" buzię z całej siły, żeby uzyskać efekt odpowiedniego oczyszczenia i złuszczenia martwego naskórka. Robię to na tyle mocno, żeby nie odczuwać dyskomfortu. W peelingu znajdują się moim zdaniem średniej wielkości ziarenka. Dla mnie są w zupełności wystarczające. I tak samo, jak w przypadku maseczki- nie mogę powiedzieć "nie". Peeling działa, robi dokładnie to, co powinien robić dobry peeling. Skóra jest gładka, oczyszczona, pięknie pachnie i nie ma na niej śladu po jakichkolwiek zanieczyszczeniach. Mamy już dwa "tak", na trzy produkty? Dobry wynik, co? Do peelingu wrócę na pewno. Nie dosyć, że wspaniale działa, to w tym opakowaniu wygląda pięknie na mojej półce z pielęgnacją, co dla takiej sroki, jak ja, jest zdecydowanie dużym plusem ;) Cena peelingu jest taka sama, jak maseczki, czyli 119,90zł. Tak, jak u poprzednika- moim zdaniem cena jest adekwatna do pojemności oraz działania.



Ostatni produkt, z którym miałam do czynienia to oczyszczająca pianka do twarzy. Osobiście uwielbiam mycie mojej buzi piankami- są o wiele delikatniejsze, niż żele myjące, a uwierzcie, że należę do osób bardzo wrażliwych :) W składzie pianki Hello Body znajdziemy składniki takie jak glinka Moor oraz ekstrakt z kokosa- wyobrażacie sobie ten zapach? Kocham dodatek kokosa w kosmetykach! Pianka ma świetnie usuwać pozostałości makijażu i tak, jak cała seria- zapobiegać powstawaniu wyprysków. Jej pojemność to również 100ml, czyli odpowiednio.


Czy pianka spełnia moje oczekiwania? Moim zdaniem jest to bardzo dobry produkt do zastosowania zaraz po demakijażu lub z samego rana, zaraz po przebudzeniu. Pianka nadaje skórze uczucie odświeżenia i czystości. Skóra jest gładka i miękka. Pianka nie podrażnia mojej skóry i nie daje uczucia "ściągnięcia". Tak, jak cała seria pięknie pachnie, co jak już wspominałam, dla mnie jest ogromnym plusem. Atomizer wydziela odpowiednią ilość produktu- dwie pompki w moim przypadku to idealna ilość na oczyszczenie całej twarzy.

Podsumowując, trzy produkty Hello Body to obecnie mój ulubiony zestaw pielęgnacyjny. Kiedy mi się skończą- na pewno kupię kolejne. Najważniejsze jest dla mnie konkretne działanie, a nie dziesiątki obietnic producenta. I w tym przypadku mam to zapewnione. Z przyjemnością wypróbuję inne produkty tej marki i na pewno dam Wam znać, jeśli znajdę jeszcze jakieś perełki. Dodatkowo mam dla was kod zniżkowy! Na hasło "KITTYBLOG" otrzymacie 20% zniżki na całe zamówienie na stronie Hello Body!

Macie jakieś doświadczenie z marką Hello Body? Jakie są Wasze ulubione produkty do pielęgnacji? Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach!
Buziaki!

wtorek, listopada 21

Idealna paleta na jesień? Labelle UK "So Lush"

Idealna paleta na jesień? Labelle UK "So Lush"
Dzień dobry, kochani! :)
Wiele z nas ciągle szuka "tej idealnej" palety na jesień. Takiej, którą będziemy mogły trzymać zarówno w szufladzie toaletki, jak i bez chwili zastanowienia zabrać ze sobą na wyjazd, wiedząc, że zawiera w sobie wszystko, co wystarczy nam do dziennych i wieczorowych makijaży. Najlepiej, żeby nie była za duża ani za ciężka. Długo szukałam palety, którą z czystym sumieniem będę mogła przedstawić Wam jako idealną. Przetestowałam różne marki- droższe, tańsze, łatwo i trudno dostępne, ciepłe, zimne, bardziej lub mniej "kolorowe". Po kilku tygodniach poszukiwań znalazłam coś, co według mnie zasługuje na miano tej wyjątkowej. Mowa tutaj o palecie So Lush marki Labelle UK. Być może wiele z Was nie zna tej marki, ale zapewniam- warto ją poznać! Sama w swojej kolekcji mam już sporo ich kosmetyków i na żaden nie mogę powiedzieć złego słowa. Świetna jakość w dobrej cenie.



Jak widzicie na zdjęciu- opakowanie paletki jest bardzo kolorowe i przyjemne dla oka. Jest tekturowe i bardzo lekkie. Paleta zamyka się na dość mocny magnes, co dla mnie zdecydowanie jest jednym z ulubionych rozwiązań. Złote obramowania dodają palecie elegancji, którą również uwielbiam. Za chwilkę pokażę Wam jej zawartość- uwierzcie- jest jeszcze lepsza niż "z zewnątrz".



Paleta zawiera zarówno matowe, jak i metaliczne wykończenia. Dokładnie mówiąc- każdy matowy odcień ma swój błyszczący odpowiednik- to również ciekawe rozwiązanie, kiedy nie mamy czasu na skomplikowany makijaż i na zastanawianie się, jak połączyć ze sobą kolory. Cienie nie są za duże- nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie to duży plus, ponieważ z reguły używam palet sama dla siebie i ciężko zużyć mi większe cienie. Jedynym minusem, jaki zauważyłam jest to, że cienie brudzą kartonowe opakowanie, jednak w przypadku tektury niestety jest to nieuniknione.
Jeśli chodzi o pigmentację- jest świetnie wyważona. Cienie nie są ani zbyt mocno ani za słabo napigmentowane. Pracuje się z nimi bardzo przyjemnie- kolor możemy budować i bardzo łatwo blendować. Jest to zdecydowanie to, czego oczekuję od dobrej palety. Nie znoszę, kiedy produkt pomimo "otrzepania" pędzla zostawia plamy na oczach. W tym przypadku tego problemu nie ma. Jeżeli miałabym porównać cienie z So Lush do innej, wysokopółkowej palety, to byłyby to palety z Too Faced. Formuła jest bardzo, bardzo podobna. Metaliczne cienie najlepiej nakładają się palcem albo zmoczonym pędzlem. Na sucho niestety nie dają takiego efektu, jakiego oczekuję od "błysku".


Kolejna ważna rzecz, to trwałość cieni. Od około dwóch lat używam bazy z Too Faced Shadow Insurance. Na tej bazie cienie trzymają się nienaruszone tak długo, dopóki ich nie zmyję. Ale! Nie chciałam testować paletki tylko na sprawdzonej bazie i przetestowałam je również na płynnym korektorze z Catrice- tutaj również nie mam żadnych zastrzeżeń. Cienie nie rolują się, nie znikają z powieki, nie tracą koloru w ciągu dnia. Trzymają się bez zarzutu również bez bazy, na tylko przypudrowanej powiece! Paleta So Lush to średnia półka cenowa- za 14 cieni musimy zapłacić 30$. Uważam, że paleta za około 120zł- tej jakości- to zdecydowanie dobry wybór. Pewnie pojawią się pytania, czy w tej cenie nie lepiej zainwestować w Zoevę. Moim zdaniem nie. Labelle UK moim zdaniem jakością bije znane palety Zoevy na głowę. Gdybym miała wybierać, bez wahania postawiłabym na So Lush. Mam nadzieję, że nie jest to ostatnia paletka, którą firma LB wypuści na rynek- kiedy tylko pojawi się coś nowego, na pewno od razu to przetestuję!
W palecie znajdziemy zarówno kolory ciepłe, jak i zimne. Fiolety, bordo, odcienie rudego- moje totalnie must have na jesień. Jeszcze oprócz matu w wydaniu metalicznym- coś pięknego. Znajdziemy w niej również odcienie transferowe- chłodne brązy i beże oraz odcienie kremowe. Tak, jak wspomniałam na samym początku postu- dla mnie połączenie idealne!


A jakie są Wasze ulubione jesienne palety? Podoba Wam się So Lush?
Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach!
Buziaki!

poniedziałek, listopada 6

TOP 8 pomadek na sezon jesień/zima

TOP 8 pomadek na sezon jesień/zima
Dzień dobry, kochani!
Dziś wracam do Was po sporej przerwie i mam nadzieję, że zostaniemy tutaj już na stałe :)
Przepraszam Was za moją ostatnią nieobecność i obiecuję poprawę! Takie postanowienie prawie-noworoczne :)
W dzisiejszym poście chciałam przedstawić Wam mój wybór najlepszych pomadek na "zimny" sezon, jakie mam w swojej kolekcji.
Jak powszechnie się przyjmuje- jesień i zima to okres czerwieni, fioletów, odcieni nude, brązów i bordo. Jak najbardziej zgadzam się z tymi trendami- ze względu na same te kolory, mogłabym żyć tylko tymi dwiema porami roku- uwielbiam mocne i wyraziste usta!


Postanowiłam wybrać pomadki z każdej półki cenowej- od Golden Rose, skończywszy na Chanel. Tak więc mam nadzieję, że każda z Was znajdzie tu coś odpowiedniego dla siebie. Wszystkie wykończenia, które wybrałam są matowe- z wyjątkiem Chanel. Okres jesienno-zimowy należy do moich ulubionych, jestem zakochana w ciepłych swetrach, gorącej herbacie, serialach i świeczkach. Chyba większość z nas to lubi, co? Chociaż jestem kompletnym zmarzluchem, to jestem w stanie wytrzymać to zło, w zamian za kolejny sezon Riverdale i imbir w herbacie ;)
Zdecydowanie wolę lekkie oczy i mocne usta- może dlatego, że natura obdarowała mnie dość sporymi usteczkami, co uważam za swoją najlepszą cechę. Lubię, kiedy są wyraźne, idealnie wyrysowana i podkreślone. Generalnie mam dwa warianty- mocna i długa kreska + pomadka w odcieniu nude albo leciutkie oko + bordo, czerwień lub fiolet na ustach. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć zestawienie swatchy moich ulubieńców.



Chętnie opowiem Wam po kolei o każdej z pomadek ze zdjęcia.
Pierwsza z nich to płynna matowa pomadka marki The Balm w odcieniu Affectionate. Jest to połączenie ciepłego fioletu z zimną szarością. Jest to jedyna pomadka w tego typu odcieniu, jaką posiadam- jest to według mnie kolor bardzo unikalny, a w dodatku przepięknie podkreśla zielone oczy. Idealnie nadaje się zarówno na dzień, jak i na wieczorne wyjście. Pomadka jest trwała, ma lekką formułę, ładnie się zjada, a do tego ślicznie pachnie. Jej cena to około 50/60 złotych.

Kolejny ulubieniec, to równie pomadka z The Balm, ale tym razem w odcieniu Honest. Co do formuły, trwałości i tego, jaka jest na ustach- jest dokładnie tak samo, jak w przypadku poprzedniego odcienia- bardzo, ale to bardzo komfortowa. Odcień Honest to dla mnie połączenie typowego nudziaka z odrobiną pomarańczy. Nie jest ani za zimna, ani na ciepła. Idealnie pasuje do brązowych i złotych cieni do powiek. Do tego jeden z moich ulubionych "rudych" swetrów i czuję się idealnie!

Trzecia pomadka od góry, to moje ogromne odkrycie ostatnich miesięcy- pomadka marki Girlactic w odcieniu Blossom. Przetestowałam w życiu ogromną ilość płynnych matowych pomadek i z ręką na sercu mogę Wam powiedzieć, że naprawdę nieczęsto trafiałam na tak świetną formułę. Pomadka na ustach zachowuje się tak, jakby jej nie było. Zjada się jeszcze lepiej, niż The Balm, jest jeszcze bardziej komfortowa i lekka. A do tego niesamowicie trwała- pomadki tej marki niejednokrotnie wytrzymały na moich ustach calutki dzień lub noc. Odcień Blossom to zgaszony odcień cegły. Pięknie podkreśla usta, nadaje twarzy zdrowy i promienny wygląd, ukrywa bladość i pięknie wybiela zęby. Uwielbiam nosić ją do czerni, beżu oraz butelkowej zieleni. Jej cena to niemało, bo blisko 100zł, jednak moim zdaniem są to dobrze wydane pieniądze- pomadka jest perfekcyjna!

Następny wybór padł na znane i lubiane przez wiele z Was Golden Rose. Moim jesiennym must have jest zdecydowanie odcień 16. Jest to dla mnie typowy odcień nude z minimalną domieszką brązu. Przez pewien czas lądowała na moich ustach dosłownie codziennie. Pomadki z Golden Rose mają przyjemną formułę, nie wysuszają ust, nie kleją się i są niesamowicie trwałe. W swojej kolekcji posiadam naprawdę sporo kolorów z serii płynnej, jednak ten wygrywa bezapelacyjnie. Pięknie prezentuje się moim zdaniem z każdym kolorem ubrania i pasuje do wielu makijaży. Cena to około 20 złotych.




Kolejne cudeńko to wyjątkowo wyrazisty odcień marki Makeup Revolution w odcieniu Royal. Jest to głęboki i bardzo ciemny fiolet, po zastygnięciu wpadający praktycznie w czerń. Jest to bardzo odważny odcień, z pewnością nie na wyjście do szkoły, czy pracy. Jednak na zimowe wieczorne wyjścia sprawdzi się idealnie. Maksymalnie wybiela zęby, sprawia, że usta wydają się pełniejsze. Formuła pomadki nie jest do końca idealna, ale na szczęście da się ją opanować- niestety przy moich ustach, nakładanie jej bezpośrednio aplikatorem nie sprawdza się kompletnie. Pomadka wtedy rozwarstwia się i nie wygląda to zbyt ciekawie. Jednak nakładana pędzelkiem do ust cieniutką warstwą wygląda niesamowicie elegancko i pięknie. Trzyma się naprawdę długo, jak w przypadku poprzedników zjada się ładnie i nie wysusza ust. Cena w zestawie z konturówką, to około 30/40 złotych.

Następna pomadka to idealny głęboki odcień czerwonego wina marki Makeup Geek w odcieniu Flamenco. Jest to moja pomadka numer jeden, jeśli chodzi o odcienie wina. Jest dość ciemna, więc również może nie nadawać się na dzienne wyjścia- jednak wieczorami to prawdziwa królowa. Trwałość pomadek z tej serii Makeup Geek, jak dla mnie bije wszystko inne na głowę. Pomadka na ustach zachowuje się podobnie do tintu- nie czuć jej absolutnie w ogóle na ustach, mimo że kolor jest bardzo mocny i intensywny. Jest lekka, przyjemna, również zjada się bezproblemowo i nie wymaga poprawek po dwóch godzinach. Jej cena to około 70/80 złotych.

Kolejna szminka- jeden z kultowych odcieni marki MAC- odcień Velvet Teddy. Jest to jasny, typowo dzienny nudziak. Pasuje praktycznie do każdego makijażu oraz dobrze komponuje się z większością stylizacji, które noszę. Nie jest ani za lekki, ani za mocny. Pomadki z Mac'a to jedne z moich ulubionych- mimo że nie są płynne. Uwielbiam ich trwałość, konsystencję i to, w jaki sposób wyglądają na ustach. Velvet Teddy "zmęczyłam" już prawie całą- to o czymś świadczy! Cena to około 90zł.

Ostatnia i jedyna pomadka, która nie ma matowego wykończenia, to czerwona szminka Chanel w odcieniu 102 Palpitante. Jest to malinowa czerwień, moja ulubiona pomadka z tej tonacji. Jest "miękka", bardzo kremowa, daje przepiękne satynowe wykończenie- a mimo tego jest bardzo trwała, kolor mocno "wbija" się w usta. Uwielbiam nosić ją do ubrań w odcieniach czerni- również na co dzień. Jest to najdroższa pomadka ze wszystkich- kosztuje blisko 200zł. Jednak osobiście uważam, że każda z nas powinna mieć w swojej kolekcji chociaż jedną, bardzo ekskluzywną szminkę.

To już wszystkie propozycje kolorów na sezon jesień/zima, jakie dla Was przygotowałam. Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach, jacy są Wasi ulubieńcy i co sądzicie o mojej propozycji!
Buziaki!
Copyright © 2016 killukitty , Blogger