wtorek, lutego 23

The Balm "The Manizer Sisters", czyli paletka kultowych rozswietlaczy. Recenzja, czy warto?

The Balm "The Manizer Sisters", czyli paletka kultowych rozswietlaczy. Recenzja, czy warto?
Hej, kochani!
Dzisiaj przychodzę do Was z postem o rozchwytywanej w ostatnim czasie paletce znanych i lubianych rozświetlaczy od The Balm, czyli "The Manizer Sisters".


Dlaczego akurat te rozświetlacze są numerem 1 wśród kobiet na całym świecie?

Bez wątpienia stało się tak za sprawą ich niesamowitego działania. Najpopularniejszy, czyli Mary-Lou Manizer daje idealne, nieskazitelne rozświetlenie na twarzy, tworzy na niej wręcz idealną taflę, która w słoneczne dni lub podczas wieczornych wyjść jest po prostu nieziemska.
Przechodząc do samej paletki :)


W środku znajdziemy 3 produkty:
1. Mary-Lou Manizer- cudowny, szampański rozświetlacz, z idealnymi drobinkami. Produkt ten jest totalnym must have, jeśli chodzi o rozświetlanie naszej twarzy, efekt, jaki daje jest wprost nie do opisania.
2. Cindy-Lou Manizer- dla mnie jest to produkt 2w1, Z jednej strony możemy stosować go jako róż do policzków, a z drugiej daje niesamowite rozświetlenie, tak więc możemy używać go jako róż i rozświetlacz w jednym- dla mnie super rozwiązanie, tym bardziej, że kiedy wykonturuję swoją buzię, dodam trochę blasku, to często rezygnuję z jakichkolwiek róży, bo dają mi wrażenie odstawania od reszty makijażu,
3. Betty-Lou Manizer- jest to brozer z takimi samymi drobinkami, jak siostry obok. Nadaje się do lekkiego ocieplenia cery, lekkiego konturowania i zaznaczania kości policzkowych. Jest w bardzo, ale to bardzo ciepłym odcieniu, tak więc moim zdaniem nie będzie pasował do każdego typu urody. 

Przyjrzyjmy się paletce z bliska :)




Już po samych zdjęciach możecie zauważyć, jak niesamowicie błyszczące są wszystkie trzy siostrzyczki :)

Na pewno wiele z Was zapyta, ile kosztuje taka paletka? W Douglasie jej koszt to 139zł, jednak w drogeriach internetowych na promocjach można ją dorwać już za ok. 90zł. Mimo tego, że z początku cena wydaje się wysoka, to jeśli przełożymy ją na jakość i ilość produktów, staje się ona całkiem niewygórowana. W końcu za tę kwotę otrzymujemy 3 kosmetyki, których pigmentacja z pewnością pozwoli nam na używanie jej przez dłuuuuugi czas :)


Na zdjęciu widać napigmentowanie rozświetlaczy po lekkim dotknięciu palcem, tak więc możecie się domyślić, jak duże może ono być, kiedy zaczniemy budować je pędzlem na twarzy.


PODSUMOWANIE!

Więc, czy warto inwestować w tą paletkę? Moim zdaniem jak najbardziej tak. A czy lepiej kupić The Manizer Sisters, czy np. Mary-Lou osobno? Więc tak, jeśli macie pierwszy raz styczność z rozświetlaczami The Balm, proponuję zakupić paletkę w celu przetestowania ich produktów :) Natomiast jeśli próbowałyście i macie wśród nich swój ulubiony, a innych używacie o wiele rzadziej, to polecam wydać pieniążki na pojedynczy kosmetyk :)

PLUSY:
- bardzo wysokie napigmentowanie
- idealne drobinki- nie za duże, ani nie za małe
- aż trzy produkty do rozświetlania w jednej paletce
- wielozadaniowość rozświetlaczy
- ładny wygląd samej paletki
- wydajność
- cena
- dostępność
- z produktami pracuje się naprawdę łatwo, myślę, że nie można sobie nimi zrobić krzywdy

MINUSY:
- moim zdaniem bronzer mógłby być troszkę zimniejszy
- dla osób wolących słabe rozświetlenie z pewnością nie jest to odpowiedni produkt

A Wy, miałyście do czynienia z rozświetlaczami The Balm? Lubicie? Dajcie znać w komentarzach :)
Dodatkowo zapraszam Was na mój Instagram killukitty ♥

Buziaki!

poniedziałek, lutego 15

Walentynki w Krakowie- Hotel Tyniecki***, fotorelacja, jak je spędziliśmy?

Walentynki w Krakowie- Hotel Tyniecki***, fotorelacja, jak je spędziliśmy?
Hejka! ;)
Jak wszyscy wiemy, wczoraj był 14. luty, czyli dla jednych bardzo wyczekiwane, dla innych mniej- święto zakochanych. W zeszłym roku wybraliśmy się z Kamilem do Ustronia na dwa dni. Jednak w tym roku zaskoczyła nas niesamowita niespodzianka od myDeal Polska. A mianowicie, otrzymałam 500zł na wybraną walentynkową wycieczkę. Kontakt z firmą był bardzo dobry, szybko mogliśmy się dogadać, co i jak. Spośród naprawdę bogatej oferty podróży mój wybór padł na Hotel Tyniecki*** w Krakowie. Od zawsze uważałam to miasto za bardzo piękne, a że ostatni raz byłam tam jako dość małe dziecko, postanowiliśmy, że Walentynki uczcimy właśnie tam :) Kiedy już zdecydowałam się na konkretną wycieczkę, otrzymałam kupon, który drogą mailową wysłałam do hotelu i już- rezerwacja była gotowa. Razem z Kamilem wybraliśmy opcję, w której znajdowały się: 3 dni w hotelu (czyli 2 noclegi), śniadania, wynajem rowerów oraz powitalna walentynkowa niespodzianka w pokoju :)
Wyjechaliśmy w piątek 12.02 ok. godziny 16:00, przez korki autokar, którym jechaliśmy miał spore opóźnienie i na miejsce dotarliśmy grubo po 18:00. Przyznam szczerze, że szukanie dojazdu do hotelu z centrum miasta trochę nam zajęło, jednak było to bardzo przyjemne zamieszanie :)
Kiedy w końcu dotarliśmy na miejsce, naszym oczom ukazał się śliczny, kameralny i niezwykle elegancki hotel.


Zdjęcie wyżej zrobiłam drugiego dnia rano, w dzień przyjazdu niestety było już ciemno, więc jakość byłaby słaba ;)
Muszę przyznać, że przez "niespodzianka powitalna" nie spodziewałam się aż takiej niespodzianki, jaką zobaczyliśmy po wejściu do pokoju!
Sam hotel w środku od razu nam się spodobał, jest elegancki i przytulny :)




Nasz pokój znajdował się na samej górze, na zdjęciu hotelu po lewej stronie możecie zobaczyć wieżę- tam właśnie mieszkaliśmy ;)
Jesteście ciekawi, jak wyglądał nasz pokój? My byliśmy w szoku!
Pokój okazał się dwupiętrowy. Nie mieliśmy o tym pojęcia, dlatego bardzo się ucieszyliśmy ♥ Na dole znajdowała się spora łazienka, szafa, stolik oraz jednoosobowe łóżko. Natomiast na górze był telewizor, duże okno oraz wielkie, małżeńskie łóżko :) Zobaczcie, jak obsługa hotelu przygotowała nasz pokój, jestem zakochana! ♥





Pięknie, prawda? ♥

Na wielkim łóżku leżało wielkie serce z kwiatów, na szafkach nocnych szampany, czekoladki oraz zniżki :) Dodatkowo całe poręcze na schodach oplecione były sznurem czerwonych serduszek, a na lampach zawieszone duże serca z czerwonych piór ♥
Było po prostu cudownie, nie spodziewałam się takiego powitania :) W pokoju było bardzo przytulnie, bardzo dużo miejsca, czyściutko, schludnie, pachnąco i baaaardzo walentynkowo, bo przecież o to chodziło! ♥

W pierwszy dzień poszliśmy spać dość wcześniej, żeby wstać całkiem rano, iść na śniadanie i mieć cały dzień na zwiedzanie Krakowa, kawiarnie i restauracje :)







Na śniadania, jak to w każdym hotelu był szwedzki stół, kawa i herbata oraz na życzenie ciepłe posiłki. Przyznam, że za każdym razem jadło się nam bardzo przyjemnie, w hotelu nie było tłumów, tylko raz na sali oprócz nas była inna para. Około godziny 10:00 byliśmy już po śniadanku i gotowi do wyjścia :)
Do centrum miasta musieliśmy dojechać autobusem, jednak nie był to żaden problem, w końcu mieliśmy cały dzień. Wybraliśmy się na Stare Miasto- tam mieliśmy w planach pójście na dobrą kawę i coś słodkiego oraz znaleźć dobrą restaurację. Sobota niestety nie grzeszyła dobrą pogodą, było dosyć deszczowo. Dopiero w niedzielę na niebie pojawiło się słońce i było bezchmurnie :)
Najpierw znaleźliśmy mega przytulną kawiarnię na ul. Grodzkiej, gdzie wypiliśmy pyszną kawę, zjedliśmy pyszne babeczki i spróbowaliśmy ręczne robionych pralinek w różnych smakach. Kawiarenka bardzo cicha, ciemna i idealna na zrelaksowanie się :)



Uwielbiam Latte Machiatto, a tam wypiłam jedno z lepszych, jakie kiedykolwiek miałam okazję :)
Potrzebowaliśmy z Kamilem takiej odskoczni od szarej codzienności, zrelaksowaliśmy się, spędziliśmy razem dużo czasu, ponieważ wiadomo, na co dzień Kamil pracuje, chodzimy do szkoły, więc nie mamy czasu na wszystko, czego byśmy chcieli. W Krakowie udało nam się fajnie odpocząć ♥
Po przerwie na kawę i ciastko zaczęliśmy zwiedzać rynek oraz uliczki naokoło :)










Mimo brzydkiej pogody cieszyliśmy się jak małe dzieci, że jesteśmy w Krakowie razem, że mamy czas tylko na siebie, na rozmawianie i robienie wszystkiego razem ♥ Później postanowiliśmy wybrać się na obiad. Nie wiedzieliśmy, że znalezienie dobrej restauracji z wolnymi stolikami będzie graniczyło praktycznie z cudem. Nie chcieliśmy iść do pierwszej lepszej knajpki, więc poszukiwania zajęły nam sporo czasu :) Kiedy już znaleźliśmy tę idealną, byliśmy bardzo zadowoleni :)





Kiedy zjedliśmy obiad, robiło się już późno, więc zahaczyliśmy o mały pub na obrzeżach rynku i powoli zaczęliśmy kierować się w stronę hotelu. Po drodze oczywiście kilka razy zatrzymaliśmy się na chwilę na jakiejś przytulnej ławeczce i porobiliśmy zdjęcia ♥



Wieczór spędziliśmy z szampanem i dobrym filmem w telewizji :)
Kolejny raz poszliśmy spać dość wcześniej, w niedzielę od rana chcieliśmy mieć czas, bo niestety około 16:00 musieliśmy wracać. Niedziela na szczęście była o wiele ładniejsza, jeśli chodzi o pogodę, było słoneczko, bezchmurnie i cieplutko :)



Przyznam, że walentynkowe ozdobienie stołu do śniadania było bardzo uroczym gestem ze strony hotelu :)








Przed wyjazdem znaleźliśmy małą, kameralną restaurację, w której zamówiliśmy obiad, a następnie wybraliśmy się już w stronę dworca i czekaliśmy na autokar do domu :) 



Jeśli szukacie fajnego wyjazdu w cenie o wiele niższej, niż normalnie polecam Wam przejrzeć ofertę myDeal :) Z pewnością każdy znajdzie tam coś dla siebie i wybierze się w piękne miejsce z wieloma atrakcjami :)

Kochani, a wy jak spędziliście Walentynki? Obchodzicie je w ogóle, czy raczej nie? :)
Dodatkowo zapraszam Was serdecznie na mój Instagram ♥

Buziaki!

czwartek, lutego 11

Buble kosmetyczne 2015- czyli produkty, które całkowicie nie sprawdziły się u mnie w ubiegłym roku.

Buble kosmetyczne 2015- czyli produkty, które całkowicie nie sprawdziły się u mnie w ubiegłym roku.
Hejka!
Dzisiaj przychodzę do Was z postem o moich kosmetycznych niewypałach ubiegłego roku. Szczerze mówiąc myślałam, że nazbiera mi się o wiele więcej produktów. Nie ukrywam jednak, że było kilka rzeczy, które po prostu mogłam wyrzucić i zapomnieć :)
Na wstępie chcę wspomnieć o tym, że to, że jakieś konkretne kosmetyki nie sprawdziły się u mnie nie oznacza, że dla Was również będą nieodpowiednie, czy że są złymi produktami. Są to rzeczy, które nie współgrają konkretnie z moją osobą, a nie z każdą kobietą na kuli ziemskiej :)
Dodam również, że moja opinia odnośnie żadnego produktu nie wynika z jednorazowego użycia, tylko kilku lub nawet kilkunastu prób, ale niestety, jak widać wszystkie zawiodły...
Zaznaczam też, że nawet jeśli któryś z produktów pojawił się we wcześniejszych postach i był przeze mnie pochwalony, to skoro teraz znajduje się w bublach, to po prostu z czasem musiał okazać się dla mnie nieodpowiedni.
Zaczynajmy!


L'oreal, Elseve, Magiczna Moc Olejków: Olejek w kremie.
Dawałam temu olejkowi blisko dziesięć prób i no nie, po prostu nie. Produkt PODOBNO ma nadawać włosów jedwabisty blask, miękkość i lekkość. No na pewno nie w moim przypadku. Dawno żaden kosmetyk nie zrobił moim włosom takiej krzywdy jak to... Moje włosy po zastosowaniu tego olejku są tłuste, dosłownie tłuste tak mocno, jakbym nie myła ich z tydzień. Dodatkowo są obciążone, spłaszczone i wręcz przyklejone do głowy. Owszem- błyszczą się, ale tylko i wyłącznie przez okropnie sztuczny film, który produkt ten na nich pozostawia. Kosmetyk ten kosztuje ok, 20zł i jestem przekonana, że za tę cenę można znaleźć coś o wiele lepszego, chociażby olejek kokosowy z Lotonu.


Schwarzkopf, Styliste Ultime, Sea Salt Beach Look Texture Spray.
Spray ten do całkiem tanich nie należy, bo kosztuje coś ponad 20zł. A czy jest wart tych pieniędzy? Moim zdaniem absolutnie nie! Kolejna rzecz, która zrobiła z moimi włosami koszmar. Produkt powinien nadawać włosom tzw. "beach look", dawać blask, lekkość i ogólnie poprawiać ich stan oraz to, jak się prezentują. Moje włosy najzwyczajniej krzywdził. Próbowałam zarówno na mokre, jak i na suche włosy, zarówno ja, jak i moja mama. Nie jestem w stanie rozczesać moich włosów po użyciu tego kosmetyku. Zaczynają tworzyć mi się kołtuny, pasma są obciążone, sklejone, matowe i wyglądają po prostu ohydnie. Nie wiem, co takiego powoduje, że spray ten jest aż tak okropny, ale w moim przypadku to bubel numer 1.


Pantene Expert, krem do włosów intensywnie nawilżający.
Zacznę od tego, że to cholerstwo kosztuje prawie 40zł. Produktu dostajemy 100ml. Legendy głoszą, że do przeciągnięcia kremu na całą długość wystarczą dwie pompki. Yhmm. Niekoniecznie. Po pierwszym użyciu próbowałam wmówić sobie, że krem dał mi fajny efekt, ale wiadomo, świadomość tego, że coś jest trochę droższe zawsze dodaje nam pewności, że będzie lepsze. Ale w rzeczywistości to tak nie działa. Jeśli chciałam, żeby moje włosy chociaż w najmniejszym stopniu odczuły obecność tego kosmetyku, musiałam wycisnąć co najmniej 6-7 pompek. Produkt ma konsystencję jak woda, jest nawet taki półprzezroczysty, więc nie wiem, jak ktoś mógł powiedzieć, że czasami starcza nawet i jedna pompa, może ktoś z łysiną. A co działo się po użyciu tego produktu? Tak jak w przypadku poprzedników, włosy były obciążone, płaskie, przyklapnięte, tłuste i ich ogólny wygląd tragiczny, musiałam myć je ponownie, bo nawet suchy szampon ich nie poprawiał, Za tę cenę? Totalna porażka.


Ziaja, Liście Manuka, Oczyszczanie, tonik zwężający pory.
Totalnie nie spodziewałam się rozczarowania po tym produkcie, ponieważ żel do mycia twarzy z tej serii należy do jednego z moich ulubionych. Kiedy używałam żelu, moja twarz była oczyszczona, odświeżona i nawilżona, bez żadnych przebarwień i niedoskonałości. Natomiast ten tonik wyrządził na mojej buzi pobojowisko. Kiedy zaczęłam go używać, moja skóra wyschła, pojawił się na niej ogrom niedoskonałości i nieprzyjaciół. Od razu odstawiłam. Nie mam pojęcia, dlaczego jeden kosmetyk z serii działa na mnie idealnie, a drugi tragicznie...



Perfecta, seria oczyszczanie, mineralny żel myjący z mikrogranulkami oraz mineralny krem-maska 2w1.
Moja cera chyba bardzo nie lubi się z produktami mineralnymi, odkąd pamiętam kosmetyki takie tworzyły na mojej twarzy armagedon. Ale te dwa produkty przebiły wszystko. W ostatnim poście pisałam o kosmetykach, po których musiałam praktycznie leczyć swoją twarz. I tak, mowa właśnie o tych dwóch wyżej. Okropność, tragedia, masakra, żałość- nie mam po prostu słów. Są po prostu straszne. Doprowadziły moją cerę do stanu kryzysowego, nie wiedziałam, jak mam wybrnąć z przebarwień, wysuszenia, niedoskonałości, pieczenia i ogólnego bólu, który u mnie wywołały. Dla mnie są to rzeczy absolutnie niewarte uwagi, polecenia czy jakiejkolwiek pozytywnej wzmianki.


Bioliq, Antyperspirant 48h.
Dostałam ten antyperspirant gratis do jakiś większych zakupów w jakiejś drogerii. I całe szczęście, że gratis. Produkt teoretycznie powinien utrzymywać na nas świeżość przez 48h, a nie utrzymuje nawet godziny. Nie mam żadnego problemu z nadmierną potliwością lub czymś takim, chodzi tu o zwykłe poczucie komfortu lub dyskomfortu. Dodatkowo ma nieciekawą konsystencję i jak dla mnie po prostu śmierdzi.


Paese Lush Velvet, matujący podkład z kwasem hialuronowym.
Szkoda, że ma pojemność aż 50ml. Dla mnie koszmar, koszmarny kolor, koszmarne krycie, koszmarna konsystencja (jak galareta), koszmarna trwałość i koszmarnie się rozprowadza. Jest przezroczysty na twarzy. Nie jest w stanie ukryć nawet najmniejszej niedoskonałości. Dodatkowo nie da się go w żaden sposób równomiernie nałożyć i wpracować w skórę. Nie będę się tu rozpisywała, jest to dla mnie po prostu istna tragedia i horror.


Annabelle Minerals, cień mineralny, odcień Cardamon.
Tak jak napisałam wyżej, chyba BARDZO nie lubię się z kosmetykami mineralnymi. Kolor- okropieństwo, nie mam pojęcia, do czego to coś mogłoby pasować, Opakowanie- nienawidzę, po prostu nienawidzę opakować produktów sypkich, jest to dla mnie niesamowicie nieporęczne, niewygodne i brudzące wszystko wokół rozwiązanie. Trwałość- zerowa, ten produkt tak naprawdę na oku nie ma nawet żadnego koloru. Brak słów.


Kobo, Face Contour Mix.
Wiele blogów i youtuberek bardzo zachwala ten produkt, jednak u mnie kompletnie się nie sprawdził. Po pierwsze- kolory kompletnie mi nie odpowiadają. Dodatkowo produkt na dłuższą metę źle się rozprowadza, nie wpracowuje w skórę, zostawia u mnie plamy, a po ok, 2 godzinach waży się na buzi. Nie chcę tego produktu całkowicie skreślać, ponieważ może za jakiś czas dostanie ode mnie kolejną szansę, jednak na chwilę obecną jestem totalnie na nie.


Catrice, Prime and Fine, Smoothing Refiner, baza wygładzająca pod makijaż.
Z początku myślałam, że produkt ten jest fajny, ale bardzo się pomyliłam. Pierwsza sprawa- ta baza śmierdzi. Śmierdzi jakimś dziwnym chemicznym czymś, czego nie jestem w stanie określić. Poza tym NIE DA się jej rozsmarować na twarzy, co jest dla mnie nie do przyjęcia. Zostawia na buzi dziwny kolor, pędzel z podkładem za żadne skarby nie chce gładko po niej sunąć... Ani nie przedłuża trwałości podkładu, ani nie wygładza skóry (a chyba wręcz przeciwnie), ani nie robi dosłownie nic dobrego dla mojej twarzy. Skreślam ją.


Avon, pomadka do ust Luxe.
Niby bardzo mi się podobała, ponieważ kolor ma naprawdę bardzo ładny, jest to idealny koral, którego długo szukałam. Konsystencja też jest fajna, ładnie się rozprowadza, trzyma też nawet spoko, ale poznałam jeden minus, który niestety skreślił wszystko. A mianowicie, pomadka posiada w sobie tak wielkie i chamskie złote drobinki, że noszenie szminki na ustach staje się przez nie totalnym utrapieniem. To jest dosłownie brokat, złoty brokat, który wygląda niesamowicie sztucznie i tandetnie. Szkoda, bo kolejna próba znalezienia tego konkretnego koloru okazała się klapą... A może Wy znacie jakąś dobrą pomadkę, która jest idealnym koralowym odcieniem? :)


Yves Rocher, Sexy Pulp, pogrubiający tusz do rzęs.
Dostałam ten tusz jako prezent chyba za założenie karty w Yves Rocher lub przy jakiś większych zakupach, już dokładnie nie pamiętam. Zabrałam ją ze sobą nad morzem, cała zadowolona, że wypróbuję nowy tusz. Całe szczęście, że miałam ze sobą jeszcze tusz z MAC, który mnie uratował. Nie wiem, ta mascara nie robi nic. Nie podkręca, nie pogrubia, nie wydłuża, w zasadzie nawet dobrze nie koloruje rzęs na czarno... Do tego ta wielka szczota, nie wiem, jak można malować tym oczy. Moje akurat są duże i mimo to mam spory problem z korzystaniem z tego kosmetyku.

To już moje wszystkie kosmetyczne niewypały ubiegłego roku :) 
A wy jakie macie buble 2015? :)

Kochani, mam do Was pytanie.
Wiem, że w ostatnich miesiącach bardzo modne są szare/srebrne włoski. Mnie również bardzo spodobał się ten trend i kilka dni temu postanowiłam sprawić sobie na głowie taki kolor w domu, bez pomocy fryzjera. Wiem, że dużo osób poszukuje informacji na temat, jak osiągnąć taki efekt, więc stąd moje pytanie: 
Czy chciałybyście, żeby na blogu pojawił się post o farbowaniu włosów na taki kolor? :)
Niżej pokażę Wam zdjęcia mojego efektu końcowego :)

Buziaki!



Copyright © 2016 killukitty , Blogger