poniedziałek, stycznia 30

Sili Sponge | Czy pobiła Beauty Blender?

Sili Sponge | Czy pobiła Beauty Blender?
Dzień dobry, kochani!
Dzisiaj przychodzę z postem, który przez wielu z Was był bardzo wyczekiwany. A mianowicie- jakiś czas temu w internecie pojawiła się ogromna fala zainteresowania nowością na rynku kosmetycznym- silikonową gąbeczką do nakładania podkładu marki Molly Cosmetics. Wzbudziła wiele kontrowersji, spora część osób porównywała ją do silikonowej wkładki z biustonosza, inni z kolei byli zachwyceni innowacyjną technologią, której naprzeciw wyszła marka produkująca gąbkę. Dziś opowiem Wam, czy naprawdę jest warta zachodu i przede wszystkim- czy pobija kultowy już Beauty Blender?



Jak widzicie na zdjęciu tytułowym, gąbka jest dość mała, w owalnym kształcie. Przyjrzyjmy się jej z bliska.



Pierwsze wrażenie
Na pierwszy rzut oka gąbeczka jest bardzo niepozorna- kawałek przezroczystego silikonu, którzy rzekomo ma idealnie nałożyć podkład? Otóż tak. Gąbka jest niesamowicie miękka, elastyczna i dopasowuje się do kształtu naszej twarzy. Wygląda na wykonaną porządnie i dokładnie.



Jak widzicie, gąbeczka mocno marszczy się przy zginaniu, jednak nie przeraźcie się- nie nakładamy produkty tą powyginaną stroną. Wielką zaletą Sili Sponge jest to, że jest bardzo higienicznym rozwiązaniem. Po aplikacji podkładu lub korektora, wystarczy przemyć ją wodą lub płynem micelarnym- od razu jest czysta i gotowa do następnego użycia. Gąbka nie pozostawia smug, nie tworzy efektu maski. Aplikacja produktów płynnych z jej pomocą jest naprawdę bardzo przyjemna. Uczucie przy nakładaniu również jest bardzo miłe- jest delikatna i miękka.



Oszczędność!
Kolejna bardzo istotna rzecz, to ogromna oszczędność podkładu. Przy użyciu Beauty Blendera, na całą twarz używam około 2-3 pompki. Przy użyciu Sili Sponge wystarcza maksymalnie półtorej.
Aplikację podkładu rozpoczynam od rozsmarowania produktu po skórze, a następnie wklepuję go. Jest to proces, który idealnie sprawdza się w połączeniu z silikonową gąbką. Odkąd pierwszy raz użyłam Sili Sponge, nie mogę się z nią rozstać. Na pewno każda z nas zna to uczucie, kiedy już zasiadamy do tworzenia makijażu i nagle przypominamy sobie, że nie zmoczyłyśmy Beauty Blendera ;) Tutaj nie mamy tego problemu- gąbki nie musimy moczyć, wyciskać, ani nic innego z czynności, których wymaga od nas BB. Trwałość absolutnie niczym nie różni się od tej nakładanej typową gąbką. Podkład tak samo dobrze wtapia się w skórę i pozostaje na niej nienaruszony.

Podsumowanie!
Ogólnie z Sili Sponge jestem bardzo, ale to bardzo zadowolona! Uważam, że jest to naprawdę świetna alternatywa dla Beauty Blendera. Oczywiście z używania BB nie zrezygnuję, jednak Sili jest tak samo dobra, a do tego pozwala zaoszczędzić sporą ilość podkładu. Czy warto w nią zainwestować? Moim zdaniem tak. Kosmetyki Molly Cosmetics możecie kupić na polskiej stronie Visage Shop, która obecnie jest jedynym dystrybutorem ich produktów. Polecam ją każdemu, kto ceni sobie łatwość i szybkość aplikacji idącą w parze ze świetną jakością.!

Co sądzicie o Sili Sponge? Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach! :)
Buziaki!

poniedziałek, stycznia 23

Haul: Zaful, Gamiss, Sammydress, Dresslily

Haul: Zaful, Gamiss, Sammydress, Dresslily
Dzień dobry, kochani!
Dzisiaj przychodzę do Was z postem, w którym pokażę Wam dość duży haul z zagranicznych stron. Średnio co miesiąc wybieram rzeczy w kilku sklepach, tym razem jest tego naprawdę sporo!


Zaczniemy od każdego sklepu po kolei. Na pierwszy ogień pójdzie Zaful- tutaj moja mama wybrała sobie dwie torebki. Niestety, nie był to trafiony wybór. Aczkolwiek, zobaczcie :)



Torebka teoretycznie jest całkiem ładna, jednak materiał, z którego została wykonana pozostawia wiele do życzenia.

 Torebkę możecie kupić tutaj: KLIK



Kolejna torebka jest całkiem ładna, jednak ktoś, kto ją szył zapomniał o jednym uchwycie na długi pasek ;)

Torebkę możecie kupić tutaj: KLIK

Kolejnym sklepem jest Gamiss. Tutaj wybrałam już rzeczy dla siebie.



Botki są ładne, aczkolwiek "używam" ich tylko do wychodzenia gdzieś blisko, raczej nie nadają się na większe wyjścia, czy wypady w miasto. Ogólnie dobrze wykonane, wyglądają na dość solidne :)

Botki możecie kupić tutaj: KLIK



Kolejna rzecz, to czarna bluzka z koronką i siateczką. Jestem w niej totalnie zakochana. Jedynym minusem jest to, że zdecydowanie będę musiała ją skrócić- sięga mi do połowy uda, czego bardzo nie lubię :)

Bluzkę możecie kupić tutaj: KLIK



Ostatnia rzecz, to koszula w paski z koronką. Moja ulubiona, jest przepiękna! :)

Koszulę możecie kupić tutaj: KLIK

Kolejny sklep to Sammydress. Tutaj również wybrałam rzeczy dla siebie, sami zobaczcie, co wpadło w moje ręce!



Pierwsza rzecz, to różowy płaszczyk, który zamówiłam z myślą już o sezonie wiosennym. Uwielbiam odcień pudrowego różu, więc od razu się w nim zakochałam. Jest bardzo porządny i naprawdę śliczny :)

Płaszczyk możecie kupić tutaj: KLIK


Druga rzecz to wielki, ciepły szalik. Również w kolorach, które bardzo lubię. Jest miękki, przyjemny w dotyki i naprawdę grzeje! :)

Szalik możecie kupić tutaj: KLIK



Przedostatnia rzecz, to czarna torebka ze złotym łańcuszkiem i środkiem w panterkę. Jestem w niej zakochana po uszy, to totalny ulubieniec ostatniego miesiąca. Jest bardzo solidnie wykonana, z ładnego materiału, a całość prezentuje się bosko!

Torebkę możecie kupić tutaj: KLIK

Ostatni sklep, to Dresslily. Tutaj również wybrałam kilka rzeczy z myślą o sezonie wiosennym.



Pierwsza rzecz, to workowa torebka w odcieniu pudrowego różu. Przy okazji poprzedniego zamówienia, wybrałam taką samą, tylko szarą. Uwielbiam je! Na pewno nie skończę na tych dwóch kolorach i przy kolejnych zamówieniach skuszę się na kolejne :)

Torebkę możecie kupić tutaj: KLIK



Druga rzecz, to a'la zamszowa pudrowa narzutka z satynowym środkiem. Jestem nią zachwycona i, mimo że miała poczekać aż do wiosny, to od kilku tygodni chodzę w niej bardzo często :)

Narzutkę możecie kupić tutaj: KLIK



Trzecia rzecz, to biała koszula z koronkowymi wstawkami. Tutaj również przyznam, że przy okazji poprzedniego zamówienia wybrałam taką samą, ale czarną. Spodobała mi się na tyle, że postanowiłam zaopatrzyć się w jeszcze jeden uniwersalny kolor :)

Koszulę możecie kupić tutaj: KLIK



Ostatnia rzecz, to czarny koronkowy biustonosz. Przyznam, że bardzo wahałam się przed zamawianiem na zagranicznych stronach bielizny, jednak ostatecznie zdecydowałam się i nie żałuję. Jest dobrze wykonany i bardzo ładnie leży :)

Biustonosz możecie kupić tutaj: KLIK

Kochani, na dziś to już wszystko. Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach, które rzeczy najbardziej się Wam podobają.
P.S! Będę bardzo wdzięczna, jeśli poklikacie w linki! :)

Buziaki!

czwartek, stycznia 12

Makijaż karnawałowy z Eveline vol. 2

Makijaż karnawałowy z Eveline vol. 2
Dzień dobry, kochani!
W dzisiejszym poście przedstawię Wam moją kolejną propozycję makijażu karnawałowego z marką Eveline Cosmetics. Tym razem jest to opcja bardziej kolorowa, ze stonowanym kolorem ust. Jesteście ciekawi? Już nie mogę się doczekać, kiedy pokażę Wam efekty, uwielbiam zabawę makijażem! Nic nie sprawia mi tak wielkiej radości, jak realizowanie pasji!


W tym przypadku użyłam praktycznie wszystkich kosmetyków, które brały udział w poprzednim makijażu. Starałam się pokazać Wam, jak wiele różnych efektów można osiągnąć przy użyciu kilku tych samych produktów. Niżej możecie zobaczyć, które kosmetyki Eveline wybrałam:


Dzisiejszy makijaż nie jest zwykłym makijażem. Jest inspiracją. Większość makijaży, które wykonuję ma dla mnie jakieś konkretne znaczenie. Tak jest i w tym przypadku. Niedawno rozpoczął się Nowy Rok, każdy z nas opływa w plany i postanowienia. Najważniejszym jest, żeby nie prysnęły one po kilku tygodnia, a nasze cele zostały osiągnięte do samego końca. Czasami, kiedy brakuje mi motywacji do działania, mam ochotę rzucić wszystko i nie wychodzić więcej z pokoju, z pomocą przychodzi mi właśnie makijaż. Siadam przy toaletce i najzwyczajniej w świecie maluję. W sekundę spływa ze mnie cały stres. Gdy byłam mała, nie pomyślałabym, że odkryję w sobie tak wielką pasję i zamiłowanie do tego, co aktualnie robię. Za chwilę przedstawię Wam kolejny efekt tego, co siedzi we mnie gdzieś bardzo głęboko, a z pomocą pędzla wydostaje się na zewnątrz! :)



Jak widzicie, jest to dość mocny i odważny make up. Taki efekt właśnie chciałam osiągnąć. Gdyby ten makijaż był człowiekiem, co na pierwszy rzut oka byście o nim powiedzieli? Ja uznałabym, że jest pewny siebie, otwarty i niebojący się nowych wyzwań. Jest żądny zdobywania świata! Na pewno chciałby zostać zauważony wśród milionów innych i zostawić po sobie kartkę w historii. Tak jest też ze mną! Kochani, może to dziwne i może kiedyś już o tym wspominałam, ale uwielbiam świat! Uwielbiam wszystko, co dzieje się dookoła mnie. Uwielbiam również podróże. Bliskie, dalekie. Jednodniowe, tygodniowe. Każde! Kiedy byłam mała, prowadziłam zeszyt, do którego wklejałam pocztówki, bilety, karteczki itp., ze wszystkich miejsc, które odwiedziłam. Zeszyt w pewnym momencie był naprawdę gruby!


Każde miejsce, które kiedykolwiek odwiedziłam miało swój odrębny urok. Każde było na swój sposób inne i miało w sobie inne "coś". Najbardziej jednak w pamięci zostają mi zachody słońca. Nie wiem dlaczego, ale uważam, że nie ma na tym świecie nic piękniejszego niż zachodzące słońce i rozgwieżdżone niebo. To pierwsze zdecydowanie siedzi mi w głowie bardzo długo, kiedy wracam do domu z podróży. Makijaż ze zdjęcia inspirowany jest wszystkimi wspomnieniami, które siedzą w mojej głowie. Pokazuje wszystko to, co ukształtowało moją miłość do otaczającego świata.


W górach słońce zachodzi na złoto. Wtapia się w drzewa rosnące na szczytach, a przez zielone liście przebija piękna tafla. Schodzi powoli. Nigdzie mu się nie spieszy, pozwala nacieszyć się ludziom jego widokiem, doskonale wie, jak bardzo jest podziwiane. Stąd wyraźne złoto na moim oku. Symbolizuje góry- moją wielką miłość! Góry to miejsce, do którego powracam, kiedy tylko mogę. Nieważne, do jakiej miejscowości, ważne, żeby tam być! Spójrz na złoto w moim makijażu i wyobraź sobie to piękne, zachodzące złoto... Ah, gdybym tylko mogła widzieć je teraz na żywo!


Nad morzem z kolei słońce stapia się z wodą w odcieniach różu. Jest to wspaniałe zjawisko. To piękne, kiedy po wielkiej tafli wody rozpływa się pudrowa powłoczka ciepłego, letniego blasku. Zachodzące słońce nad morzem również żegna się z nami powoli. Jest spokojne, opanowanie i dostojne. Gra na naszych emocjach, budząc w nas najpiękniejsze uczucia, jakie tylko możemy sobie wyobrazić. Ono również dobrze wie, co robi. Rysuje w nas wspomnienia, które zostaną z nami na zawsze.


Nad jeziorami byłam tylko raz. Był to pierwszy wyjazd, na który pojechałam z moim ukochanym. Poszliśmy wieczorem na spacer. Specjalnie, na zachód słońca, oczywiście. Podczas długiej wędrówki natrafiliśmy na duży pomost. Był drewniany. Obok niego dryfowały małe łódeczki, które czekały na poranne wypłynięcie w wodę. Usiedliśmy na pomoście i czekaliśmy na zachód słońca. Był piękny! Praktycznie neonowy. Piękny, różowy i wyraźny. Uważam, że właśnie dla takich chwil warto żyć. Nie jest ważne, ile kosztował nasz samochód, czy fakt, że nasza torebka jest z najnowszej kolekcji Chanel. To zniknie. Wspomnienia nie znikną nigdy. I jest to coś, co powinno być dla nas w życiu priorytetem. Jeśli zapracujemy na piękne wspomnienia, będziemy szczęśliwi. Niezależnie od wszystkiego.


Kochani, mam nadzieję, że nie tylko pokazałam Wam kolejną propozycję makijażu, ale również zabrałam Was do kolejnego kawałeczka mojego świata. Oprócz malowania, kocham pisać i robić zdjęcia. Dlatego tak uwielbiam to miejsce i Was!

Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach, co sądzicie :)
Buziaki!


środa, stycznia 11

Instagram- wróg czy przyjaciel? Budowanie społeczności, współprace, hejty

Instagram- wróg czy przyjaciel? Budowanie społeczności, współprace, hejty
Dzień dobry, kochani!
Dziś przychodzę do Was z trochę innym postem niż zwykle. Wiele z nas niedawno lub może jakiś dłuższy czas temu wkroczyło w erę Instagrama. Nie ukrywajmy- jest to idealny dodatek do bloga, fanpage; miejsce, w którym możemy wyrazić siebie, pokazać innym nasze życie (w mniej lub bardziej widocznym stopniu), pochwalić się nowymi butami, czy kolejną waniliową latte wypitą w Starbucks'ie. Dzisiaj porozmawiamy o tym, jaki tak naprawdę jest Instagram.


Wchodząc w proponowane dla nas zdjęcia, od razu widzimy konta gwiazd, aktorów, piosenkarek, znanych/bogatych osób, które każdego dnia publikują kolejne fotki, pokazujące luksusowe życie, najdroższe samochody czy wycieczki do egzotycznych krajów. Wszystkie dziewczyny są jak z obrazka- idealny makijaż, perfekcyjnie wyrysowanie usta i brwi, buty w 100% pasujące do torebki, nieziemskie wyczucie stylu. Eleganccy mężczyźni w idealnych fryzurach, idealnych butach, obowiązkowo na ręce sikor wart kilka czy kilkanaście tysięcy dolarów. Jesteśmy tylko ludźmi, więc nie oszukujmy się- często włączają nam się te iskierki w oczach i niemożna chęć posiadania tej właśnie torebki z najnowszej kolekcji Chanel, którą przed chwilą widziałaś na profilu jakiejś amerykańskiej instagramerki.
Aby zacząć cokolwiek robić- musimy mieć pomysł na siebie, musimy tak naprawdę mieć "to coś", co pozwoli nam utrzymać przy sobie obserwatora. Wrzucanie każdego zdjęcia z innej beczki, z dziwnym zniekształcającym fotkę filtrem na pewno nie pomoże w zbudowaniu marki wartej uwagi. Nie jest oczywiście powiedziane, że każdy Instagram ma opływać w flatlay'e na białym stole, z minimalistycznym koszyczkiem kwiatów. Musisz definitywnie znaleźć ten idealny punkt odniesienia. Skoro wczoraj i przedwczoraj zdecydowałeś się na zdjęcie z filtrem VSCO, to dziś nie obrabiaj zdjęcia w instagramowych filterkach. Moja droga do "idealnego" (dla mnie oczywiście) Insta wciąż trwa i chyba nigdy nie powiem o sobie, że jestem w tym perfekcyjna. Jestem dziewczyną, która wstaje i cyka zdjęcie. Ale czy to zdjęcie jest w stanie zagwarantować to wszystko, o czym zawsze marzyłam?



SKĄD MAM WIEDZIEĆ, CO TAK NAPRAWDĘ MI SIĘ PODOBA?
Z głowy. Po prostu. Przeglądasz dziennie dziesiątki Instagramów, wiele z nich zaczynasz obserwować, bo co? Bo uważasz je za takie, które trafiają właśnie w Twój gust. Obserwujesz je dlatego, że z przyjemnością zobaczysz każde nowe zdjęcie, które będzie tam wrzucone. Obserwowaniem kont, które lubisz już zaczynasz budować swój styl. Według tego możesz w naprawdę łatwy sposób zdefiniować to, co chciałbyś zobaczyć na swoim Insta. Stwórz taki Instagram, jaki sam chciałbyś oglądać!

MAM JUŻ ŁADNE ZDJĘCIA, ALE CO Z OPISEM I HASHTAGAMI?
Osobiście kiedyś nie dodawałam opisów pod zdjęciami. Wpadało zdjęcie, trochę hashtagów i do widzenia. Ale w ten sposób nie da się zbudować stałej społeczności. Twojemu obserwatorowi na pewno będzie miło, kiedy przy Twoim najnowszym zdjęciu będziesz życzyć mu miłego dnia, ba- nawet poprosisz, żeby w komentarzu dał znać, jak minął mu dzień. To po prostu czyste ludzkie porozumienie. Lubimy, kiedy ktoś jest dla nas uprzejmy i się nami interesuje. Pamiętaj, że Twój obserwator nie jest tylko kolejną cyferką. Jest kimś, kto codziennie ma ochotę oglądać, komentować i wspierać Twoją pracę! Ja pytam w opisie czytelnika, co tam u niego, jak minął mu dzień. Często też pytam go o zdanie w wielu kwestiach. Jestem miła, staram się nawiązywać kontakt w komentarzach. To ja jestem dla obserwatora, a nie obserwator dla mnie. Hashtagi to kolejna kwestia. Po pierwsze i najważniejsze- powinny w 100% dotyczyć tego, o czym jest Twój Instagram i co znajduje się na Twoim zdjęciu. Nie raz widzę gdzieś fotkę hamburgera z hashtagiem #fitfood. To bez sensu. Używaj hashtagów zarówno polskich, jak i angielskich. Zauważyłam również przypadłość, w której polskie instagramerki w ogóle nie odnoszą się do naszego kraju. Żyjesz w Polsce, więc daj znać Polakom, że właśnie wrzuciłeś zdjęcie #kosmetyki, a nie #newcosmetics.

CHCĘ MIEĆ 100K OBSERWUJĄCYCH, NATYCHMIAST!
Jeszcze czego. Na 78475837k trzeba sobie zapracować. I tu pojawia się moim zdaniem największy problem. Obecnie mój Instagram posiada dokładnie 30,200 obserwatorów. Oni są. Komentują, udzielają się, są prawdziwi. Mimo to dziś zostało zarzucone mi, że ich kupiłam. Tak samo z resztą jak serduszka pod fociami. Oczywiście. A statystyki i zasięgi namalowałam magicznym długopisem z niewidzialnym atramentem. Kupowanie obserwatorów to dno i wodorosty. Gorzej- to obłudne oszukiwanie samego siebie. Na to, gdzie jestem w tej chwili pracuję intensywnie od ponad roku. Zdjęcie na moim Instagramie pojawia się każdego dnia mniej więcej o tej samej porze. Używam hashtagów odpowiednich do mojego stylu i tego, co przedstawiam. Jeśli konsekwentnie dążę do celu i staram się w pełni go realizować, to jestem idiotką, która codziennie wyszczupla portfel kupując lajki na Allegro? Nie sądzę. Od pewnej dziewczyny- oczywiście z konta fikcyjnego, bo jakby inaczej, przecież nie powie mi tego "w twarz" z konta prywatnego- dostałam wiadomość, że informacja o moich kupionych obserwatorach poleci w mailach do wszystkich firm, z którymi współpracuję! Nie wiedziałam, czy mam się śmiać czy płakać. Przecież udowodnienie prawdziwości Instagrama (jeżeli posiadasz konto firmowe) to kwestia zrobienia screena telefonu, czy wbicie się w Google Analitycs.

OBSERWUJĄ MNIE ARABSKIE KONTA = ŻAŁOSNE, PEWNIE KUPIŁA FOLLOW!
Największa głupota. Arabskie konta rzeczywiście biorą udział w pracy allegrowiczów wystawiających lajki na sprzedaż. Ale czy to oznacza, że każdy mieszkaniec Arabii, który mnie zaobserwował to nieistniejący fikcyjny człowiek, za którego zapłaciłam 50 groszy? Nie. Dziennie zaczyna obserwować mnie około kilkadziesiąt kont z tych rejonów świata. I nie ma w tym nic dziwnego- im więcej tysięcy obserwatorów, tym jesteś bardziej widoczny. Oni Cię widzą i obserwują, Często jesteś jednym z 10 tysięcy innych, których zaobserwowali. Oni po prostu tak robią. Nie można spisać kogoś na straty, bo wczoraj dostał follow od Abdula. To niemoralne i nielogiczne. Oni również strasznie dużo serduszkują. I w tym również nie ma nic dziwnego. Jeśli obserwuje Cię 200 osób- możesz powiedzieć, że jest to Twoja mała społeczność, która prawdopodobnie składa się w większości ze znajomych, którzy zaobserwowali Cię od razu, kiedy założyłeś swoje konto. Natomiast, jeśli Twoje konto oblega 20 tysięcy osób- część z nich będzie nieaktywnym i wyłączonym z życia Twojego Instagrama pierwiastkiem, który po czasie rzeczywiście stanie się cyfrą, a nie czytelnikiem. Natomiast jeśli z tych 20 tysięcy sto lub więcej osób, a nawet kilkadziesiąt aktywnie udziela się pod tym, co dodajesz- śmiało możesz być z siebie dumny. Masa ludzi tylko patrzy. Udało Ci się zaangażować obserwatora na tyle, że poświęca Ci dziennie minutę na zostawienie komentarza przy nowej fotce? Ciesz się, to znaczy, że Twoja marka powoli zaczyna wtapiać się we własną definicję.



MAM JUŻ 1000 OBSERWUJĄCYCH I NIKT NIE PROPONUJE MI WSPÓŁPRACY! TEN INSTAGRAM JEDNAK NIE MA SENSU!
Pierwsze i najważniejsze- współpraca jest tylko dodatkiem. Jeśli uważasz inaczej, już teraz możesz kliknąć "x" w oknie tego postu. Wiadomo- fajnie jest dostać wiadomość, w której firma proponuje nam coś, co nam się spodoba, czy pieniądze za dodanie zdjęcia. Nie jest to jednak na pewno powód, dla którego masz starać się o dobry Instagram. Robisz to dla siebie, a nie dla Pana X z maila, który chce Ci wysłać płyn do kąpieli. Pan X za tydzień o Tobie zapomni, nie będzie pamiętał, że wrzuciłeś majestatyczne zdjęcie płynu jego marki. A Ty go zużyjesz i wyrzucisz do kosza. Po co? No właśnie. Prawdziwy Instagram to taki, w którym widać, że jesteś sobą. Nie wysyłaj masowego spamu do każdej możliwej firmy, jaką napotkasz na IG. Poczekaj. Czas jest wyznacznikiem sukcesu, pamiętaj o tym. Jeśli będziesz dobry w tym, co robisz, współprace zaczną pojawiać się same. INSTAGRAM TO NIE GRA KOMPUTEROWA, W KTÓREJ MASZ ZBIERAĆ ITEMY!

KTOŚ NAPISAŁ MI POD ZDJĘCIEM, ŻE JESTEM BRZYDKA, A MOJE KONTO JEST KUPIONE I NIKT MNIE NIE LUBI, CO TERAZ?
Nic. Przewijasz dalej i olewasz sprawę, chyba nie będziesz przejmować się opinią randomowego człowieka z internetu? Ktoś na pewno będzie chciał Ci zaszkodzić, jeśli Ci się uda, zobaczysz. I nie będę Ci wmawiać, że zawsze będzie kolorowo. Dostaniesz niejedną wiadomość, w której ktoś napisze Ci, że to, co robisz to żenada i w ogóle najlepiej by było, gdybyś skończył z tym blogiem i Instagramem, bo jesteś do niczego. Nie raz ktoś napisze pod Twoim zdjęciem, że jesteś paskudny, a Twój IG to przereklamowana katastrofa wyglądająca jak gazetka promocyjna z Biedronki. Musisz nauczyć się nie zwracać na to uwagi i przede wszystkim odróżniać konstruktywną krytykę od bezczelnego hejtu. Jeśli ktoś pisze Ci "Hej, masz świetny profil, ale mógłbyś trochę popracować nad tłem- mogłoby być jaśniejsze i bardziej wyraźne." - to jest właśnie konstruktywna krytyka, nie hejt. To jest hejt- "Jesteś paskudny, usuń konto!". I tym drugim się nie przejmujesz. Do siebie bierzesz tylko do pierwsze. Rób swoje!

Był to pierwszy tego typu post na moim blogu. Mam nadzieję, że choć trochę rozjaśniłam Wam ciemną czeluść Instagrama. 
Dajcie znać w komentarzach, czy się podobało i czy chcielibyście zobaczyć więcej takich postów.
A! Skoro jesteśmy już w temacie Instagrama, to zapraszam do mnie:



Buziaki!

poniedziałek, stycznia 9

Jeffree Star Cosmetics SKIN FROST | Ice Cold | Najlepszy rozświelacz na świecie?

Jeffree Star Cosmetics SKIN FROST | Ice Cold | Najlepszy rozświelacz na świecie?
Dzień dobry, kochani!
Dzisiaj przychodzę do Was z postem, o który wiele z Was pytało, kiedy wrzuciłam zdjęcie na Instagrama. A mianowicie- jakiś czas temu postanowiłam kupić owiany wieloma legendami o swojej rzekomej cudowności rozświetlacz marki Jeffree Star Cosmetics. Jeffree sam w sobie jest bardzo kontrowersyjną postacią- jedni go kochają, a inni nienawidzą. Jeśli nie wiecie, Jeff jest amerykańskim youtuber'em, którego codziennie śledzi kilka milionów osób z całego świata. Jakiś czas temu stworzył swoją markę kosmetyczną, która cieszy się ogromnym powodzeniem na całym świecie. Najpierw były kultowe pomadki- Velour Liquid Lipstick, za sprawą których Jeffree szybko podbił serca kobiet na całym globie. Później wystartował z serią rozświetlaczy Skin Frost- w odcieniach od normalnych, chłodnych i ciepłych, aż po odcienie czerni i zieleni. Powstała rownież paleta cieni- Beauty Killer, która jak wszyscy poprzednicy stała się obiektem pożądania fanek makijażu w wielu krajach. Jesteście ciekawe, jak sprawdza się jeden z najbardziej rozchwytywanych kosmetyków ostatniego roku? Jeśli tak, zapraszam na dalszą część posta!



Zacznę może od ceny, ponieważ dostałam o to sporo pytań. Częstym pytaniem jest również- gdzie kupić produkty od Jeffree oprócz jego oficjalnej strony? Jeśli mam być szczera, nie kupujcie jego kosmetyków na Allegro, Aliexpress, eBay, czy innych tego typu stronach. Jego oryginalne kosmetyki dostaniecie tylko i wyłącznie na www.jeffreestarcosmetics.com oraz od niedawna, uwaga- na polskiej stronie internetowej Colorsvibe. Póki co, to dla mnie jedyne godne zaufania źródła.



Rozświetlacz przychodzi do nas w dużym różowym kartoniku. Pierwszym i bardzo ważnym elementem, na który trzeba zwrócić uwagę zdecydowanie jest waga produktu. Z reguły standardowy rozświetlacz ma około kilku gramów. Jeffree to aż 15 gramów! Moim zdaniem jest to pojemność nie do wykończenia. No chyba, że będziemy używać go na całe ciało :)



Całe opakowanie jest neonowo-różowe, czyli tak, jak lubi Jeffree. Bardzo cukierkowe, bogate i dziewczęce. Z przodu opakowania znajdziemy złote logo, natomiast z tyłu odcień, numer seryjny, wagę oraz miejsce produkcji. Uwaga- na oryginalnym rozświetlaczu zobaczycie napis Made in USA! Opakowanie jest naprawdę bardzo solidne, dobrze wykonane i ciężkie. Zatrzask jest bardzo mocny. W środku znajduje się duże, dobrej jakości lusterko. Na samym produkcie wygrawerowane jest logo firmy.



Jak widzicie na zdjęciach, wykonanie produktu naprawdę powala na kolana. Myślę, że uszkodzenie lub rozbicie go w jakikolwiek sposób naprawdę byłoby wyzwaniem.

Konsystencja jest bardzo pudrowa. Miękka, pod palcem jak masło. Pigmentacja była dla mnie szokiem. Jeszcze nigdy nie miałam w rękach takiej "mocy". Wystarczy leciutkie, naprawdę minimalne dotknięcie pędzlem, żeby na naszych policzkach pojawiła się nieziemska tafla. Odkąd pierwszy raz pomalowałam się tym kosmetykiem wiem, że moje życie bez niego nie ma sensu ;) Jest to produkt tak ekskluzywny, magicznie napigmentowany i niezawodny, że nigdy nie zamienię go na żaden inny.




Na pierwszym zdjęciu możecie zobaczyć konsystencję i pudrowość rozświetlacza. Jest fenomenalny. Na ostatnim zdjęciu mam na ręce trzy swatche. Wszystkie trzy wykonałam na raz, po jednym zamoczeniu palca w produkcie. Widzicie tę moc? Ja nie mogę się napatrzeć. Zdjęcia mówią po prostu same za siebie.
Jeśli chodzi o jego trwałość- cała noc, cały dzień, bez problemu, bez poprawek, bez spoglądania w lusterko, czy coś jeszcze zostało. Bez osypywania się, bez żadnego ale. Naprawdę, pierwszy raz piszę recenzję produktu, w którym nie mam nawet jednej, drobniutkiej rzeczy, do której mogłabym się przyczepić. Ten kosmetyk po prostu nie ma wad. Jest perfekcyjny w każdym możliwym tego słowa znaczeniu.

A jaka jest cena? Na pierwszy rzut oka może wydawać się wysoka- na stronie colorsvibe.pl musimy zapłacić za niego 139,90zł. Jednak kiedy przeliczymy to na ilość kosmetyku, którą dostajemy- moim zdaniem jest to już całkiem przystępna cena.


A Wy słyszeliście już o kosmetykach Jeffree Star? Kochacie go, czy nienawidzicie?
Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach!
Buziaki!

Dodatkowo zapraszam Was na mój Instagram: KLIK - już niedługo będzie Was na nim 30,000 tysięcy! :)
Copyright © 2016 killukitty , Blogger