wtorek, listopada 21

Idealna paleta na jesień? Labelle UK "So Lush"

Idealna paleta na jesień? Labelle UK "So Lush"
Dzień dobry, kochani! :)
Wiele z nas ciągle szuka "tej idealnej" palety na jesień. Takiej, którą będziemy mogły trzymać zarówno w szufladzie toaletki, jak i bez chwili zastanowienia zabrać ze sobą na wyjazd, wiedząc, że zawiera w sobie wszystko, co wystarczy nam do dziennych i wieczorowych makijaży. Najlepiej, żeby nie była za duża ani za ciężka. Długo szukałam palety, którą z czystym sumieniem będę mogła przedstawić Wam jako idealną. Przetestowałam różne marki- droższe, tańsze, łatwo i trudno dostępne, ciepłe, zimne, bardziej lub mniej "kolorowe". Po kilku tygodniach poszukiwań znalazłam coś, co według mnie zasługuje na miano tej wyjątkowej. Mowa tutaj o palecie So Lush marki Labelle UK. Być może wiele z Was nie zna tej marki, ale zapewniam- warto ją poznać! Sama w swojej kolekcji mam już sporo ich kosmetyków i na żaden nie mogę powiedzieć złego słowa. Świetna jakość w dobrej cenie.



Jak widzicie na zdjęciu- opakowanie paletki jest bardzo kolorowe i przyjemne dla oka. Jest tekturowe i bardzo lekkie. Paleta zamyka się na dość mocny magnes, co dla mnie zdecydowanie jest jednym z ulubionych rozwiązań. Złote obramowania dodają palecie elegancji, którą również uwielbiam. Za chwilkę pokażę Wam jej zawartość- uwierzcie- jest jeszcze lepsza niż "z zewnątrz".



Paleta zawiera zarówno matowe, jak i metaliczne wykończenia. Dokładnie mówiąc- każdy matowy odcień ma swój błyszczący odpowiednik- to również ciekawe rozwiązanie, kiedy nie mamy czasu na skomplikowany makijaż i na zastanawianie się, jak połączyć ze sobą kolory. Cienie nie są za duże- nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie to duży plus, ponieważ z reguły używam palet sama dla siebie i ciężko zużyć mi większe cienie. Jedynym minusem, jaki zauważyłam jest to, że cienie brudzą kartonowe opakowanie, jednak w przypadku tektury niestety jest to nieuniknione.
Jeśli chodzi o pigmentację- jest świetnie wyważona. Cienie nie są ani zbyt mocno ani za słabo napigmentowane. Pracuje się z nimi bardzo przyjemnie- kolor możemy budować i bardzo łatwo blendować. Jest to zdecydowanie to, czego oczekuję od dobrej palety. Nie znoszę, kiedy produkt pomimo "otrzepania" pędzla zostawia plamy na oczach. W tym przypadku tego problemu nie ma. Jeżeli miałabym porównać cienie z So Lush do innej, wysokopółkowej palety, to byłyby to palety z Too Faced. Formuła jest bardzo, bardzo podobna. Metaliczne cienie najlepiej nakładają się palcem albo zmoczonym pędzlem. Na sucho niestety nie dają takiego efektu, jakiego oczekuję od "błysku".


Kolejna ważna rzecz, to trwałość cieni. Od około dwóch lat używam bazy z Too Faced Shadow Insurance. Na tej bazie cienie trzymają się nienaruszone tak długo, dopóki ich nie zmyję. Ale! Nie chciałam testować paletki tylko na sprawdzonej bazie i przetestowałam je również na płynnym korektorze z Catrice- tutaj również nie mam żadnych zastrzeżeń. Cienie nie rolują się, nie znikają z powieki, nie tracą koloru w ciągu dnia. Trzymają się bez zarzutu również bez bazy, na tylko przypudrowanej powiece! Paleta So Lush to średnia półka cenowa- za 14 cieni musimy zapłacić 30$. Uważam, że paleta za około 120zł- tej jakości- to zdecydowanie dobry wybór. Pewnie pojawią się pytania, czy w tej cenie nie lepiej zainwestować w Zoevę. Moim zdaniem nie. Labelle UK moim zdaniem jakością bije znane palety Zoevy na głowę. Gdybym miała wybierać, bez wahania postawiłabym na So Lush. Mam nadzieję, że nie jest to ostatnia paletka, którą firma LB wypuści na rynek- kiedy tylko pojawi się coś nowego, na pewno od razu to przetestuję!
W palecie znajdziemy zarówno kolory ciepłe, jak i zimne. Fiolety, bordo, odcienie rudego- moje totalnie must have na jesień. Jeszcze oprócz matu w wydaniu metalicznym- coś pięknego. Znajdziemy w niej również odcienie transferowe- chłodne brązy i beże oraz odcienie kremowe. Tak, jak wspomniałam na samym początku postu- dla mnie połączenie idealne!


A jakie są Wasze ulubione jesienne palety? Podoba Wam się So Lush?
Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach!
Buziaki!

poniedziałek, listopada 6

TOP 8 pomadek na sezon jesień/zima

TOP 8 pomadek na sezon jesień/zima
Dzień dobry, kochani!
Dziś wracam do Was po sporej przerwie i mam nadzieję, że zostaniemy tutaj już na stałe :)
Przepraszam Was za moją ostatnią nieobecność i obiecuję poprawę! Takie postanowienie prawie-noworoczne :)
W dzisiejszym poście chciałam przedstawić Wam mój wybór najlepszych pomadek na "zimny" sezon, jakie mam w swojej kolekcji.
Jak powszechnie się przyjmuje- jesień i zima to okres czerwieni, fioletów, odcieni nude, brązów i bordo. Jak najbardziej zgadzam się z tymi trendami- ze względu na same te kolory, mogłabym żyć tylko tymi dwiema porami roku- uwielbiam mocne i wyraziste usta!


Postanowiłam wybrać pomadki z każdej półki cenowej- od Golden Rose, skończywszy na Chanel. Tak więc mam nadzieję, że każda z Was znajdzie tu coś odpowiedniego dla siebie. Wszystkie wykończenia, które wybrałam są matowe- z wyjątkiem Chanel. Okres jesienno-zimowy należy do moich ulubionych, jestem zakochana w ciepłych swetrach, gorącej herbacie, serialach i świeczkach. Chyba większość z nas to lubi, co? Chociaż jestem kompletnym zmarzluchem, to jestem w stanie wytrzymać to zło, w zamian za kolejny sezon Riverdale i imbir w herbacie ;)
Zdecydowanie wolę lekkie oczy i mocne usta- może dlatego, że natura obdarowała mnie dość sporymi usteczkami, co uważam za swoją najlepszą cechę. Lubię, kiedy są wyraźne, idealnie wyrysowana i podkreślone. Generalnie mam dwa warianty- mocna i długa kreska + pomadka w odcieniu nude albo leciutkie oko + bordo, czerwień lub fiolet na ustach. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć zestawienie swatchy moich ulubieńców.



Chętnie opowiem Wam po kolei o każdej z pomadek ze zdjęcia.
Pierwsza z nich to płynna matowa pomadka marki The Balm w odcieniu Affectionate. Jest to połączenie ciepłego fioletu z zimną szarością. Jest to jedyna pomadka w tego typu odcieniu, jaką posiadam- jest to według mnie kolor bardzo unikalny, a w dodatku przepięknie podkreśla zielone oczy. Idealnie nadaje się zarówno na dzień, jak i na wieczorne wyjście. Pomadka jest trwała, ma lekką formułę, ładnie się zjada, a do tego ślicznie pachnie. Jej cena to około 50/60 złotych.

Kolejny ulubieniec, to równie pomadka z The Balm, ale tym razem w odcieniu Honest. Co do formuły, trwałości i tego, jaka jest na ustach- jest dokładnie tak samo, jak w przypadku poprzedniego odcienia- bardzo, ale to bardzo komfortowa. Odcień Honest to dla mnie połączenie typowego nudziaka z odrobiną pomarańczy. Nie jest ani za zimna, ani na ciepła. Idealnie pasuje do brązowych i złotych cieni do powiek. Do tego jeden z moich ulubionych "rudych" swetrów i czuję się idealnie!

Trzecia pomadka od góry, to moje ogromne odkrycie ostatnich miesięcy- pomadka marki Girlactic w odcieniu Blossom. Przetestowałam w życiu ogromną ilość płynnych matowych pomadek i z ręką na sercu mogę Wam powiedzieć, że naprawdę nieczęsto trafiałam na tak świetną formułę. Pomadka na ustach zachowuje się tak, jakby jej nie było. Zjada się jeszcze lepiej, niż The Balm, jest jeszcze bardziej komfortowa i lekka. A do tego niesamowicie trwała- pomadki tej marki niejednokrotnie wytrzymały na moich ustach calutki dzień lub noc. Odcień Blossom to zgaszony odcień cegły. Pięknie podkreśla usta, nadaje twarzy zdrowy i promienny wygląd, ukrywa bladość i pięknie wybiela zęby. Uwielbiam nosić ją do czerni, beżu oraz butelkowej zieleni. Jej cena to niemało, bo blisko 100zł, jednak moim zdaniem są to dobrze wydane pieniądze- pomadka jest perfekcyjna!

Następny wybór padł na znane i lubiane przez wiele z Was Golden Rose. Moim jesiennym must have jest zdecydowanie odcień 16. Jest to dla mnie typowy odcień nude z minimalną domieszką brązu. Przez pewien czas lądowała na moich ustach dosłownie codziennie. Pomadki z Golden Rose mają przyjemną formułę, nie wysuszają ust, nie kleją się i są niesamowicie trwałe. W swojej kolekcji posiadam naprawdę sporo kolorów z serii płynnej, jednak ten wygrywa bezapelacyjnie. Pięknie prezentuje się moim zdaniem z każdym kolorem ubrania i pasuje do wielu makijaży. Cena to około 20 złotych.




Kolejne cudeńko to wyjątkowo wyrazisty odcień marki Makeup Revolution w odcieniu Royal. Jest to głęboki i bardzo ciemny fiolet, po zastygnięciu wpadający praktycznie w czerń. Jest to bardzo odważny odcień, z pewnością nie na wyjście do szkoły, czy pracy. Jednak na zimowe wieczorne wyjścia sprawdzi się idealnie. Maksymalnie wybiela zęby, sprawia, że usta wydają się pełniejsze. Formuła pomadki nie jest do końca idealna, ale na szczęście da się ją opanować- niestety przy moich ustach, nakładanie jej bezpośrednio aplikatorem nie sprawdza się kompletnie. Pomadka wtedy rozwarstwia się i nie wygląda to zbyt ciekawie. Jednak nakładana pędzelkiem do ust cieniutką warstwą wygląda niesamowicie elegancko i pięknie. Trzyma się naprawdę długo, jak w przypadku poprzedników zjada się ładnie i nie wysusza ust. Cena w zestawie z konturówką, to około 30/40 złotych.

Następna pomadka to idealny głęboki odcień czerwonego wina marki Makeup Geek w odcieniu Flamenco. Jest to moja pomadka numer jeden, jeśli chodzi o odcienie wina. Jest dość ciemna, więc również może nie nadawać się na dzienne wyjścia- jednak wieczorami to prawdziwa królowa. Trwałość pomadek z tej serii Makeup Geek, jak dla mnie bije wszystko inne na głowę. Pomadka na ustach zachowuje się podobnie do tintu- nie czuć jej absolutnie w ogóle na ustach, mimo że kolor jest bardzo mocny i intensywny. Jest lekka, przyjemna, również zjada się bezproblemowo i nie wymaga poprawek po dwóch godzinach. Jej cena to około 70/80 złotych.

Kolejna szminka- jeden z kultowych odcieni marki MAC- odcień Velvet Teddy. Jest to jasny, typowo dzienny nudziak. Pasuje praktycznie do każdego makijażu oraz dobrze komponuje się z większością stylizacji, które noszę. Nie jest ani za lekki, ani za mocny. Pomadki z Mac'a to jedne z moich ulubionych- mimo że nie są płynne. Uwielbiam ich trwałość, konsystencję i to, w jaki sposób wyglądają na ustach. Velvet Teddy "zmęczyłam" już prawie całą- to o czymś świadczy! Cena to około 90zł.

Ostatnia i jedyna pomadka, która nie ma matowego wykończenia, to czerwona szminka Chanel w odcieniu 102 Palpitante. Jest to malinowa czerwień, moja ulubiona pomadka z tej tonacji. Jest "miękka", bardzo kremowa, daje przepiękne satynowe wykończenie- a mimo tego jest bardzo trwała, kolor mocno "wbija" się w usta. Uwielbiam nosić ją do ubrań w odcieniach czerni- również na co dzień. Jest to najdroższa pomadka ze wszystkich- kosztuje blisko 200zł. Jednak osobiście uważam, że każda z nas powinna mieć w swojej kolekcji chociaż jedną, bardzo ekskluzywną szminkę.

To już wszystkie propozycje kolorów na sezon jesień/zima, jakie dla Was przygotowałam. Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach, jacy są Wasi ulubieńcy i co sądzicie o mojej propozycji!
Buziaki!
Copyright © 2016 killukitty , Blogger